— Ale tak po ludzku, normalnie! — krzyknęła.

— Powinna być ukarana, to jasne.

— A ty byś robił dobrze, jakbyś mógł?

— Nie szukam nagrody, ja kryję dachy i chcę przeżyć obóz.

— I myślisz, że ich — kiwnęła głową w nieokreślonym kierunku — nie trzeba karać?

— Myślę, że ludziom, którzy cierpią niesprawiedliwie, nie wystarczy sama sprawiedliwość. Chcą, żeby winowajcy też ucierpieli niesprawiedliwie. To odczują jako sprawiedliwość.

— Tyś jest mądry chłop! Ale zupy to byś sprawiedliwie rozdać nie umiał, żeby nie dać swojej kochance! — rzekła z ironią i weszła w głąb bloku. Kobiety leżały piętrami na buksach10, głowa przy głowie. W nieruchomych twarzach świeciły się wielkie oczy. W obozie zaczynał się już głód. Ruda blokowa łaziła między buksami i zagadywała kobiety, aby nie myślały. Wyciągała z buks śpiewaczki — i kazała śpiewać. Tancerki — i kazała tańczyć. Deklamatorki — i kazała mówić wiersze.

— Ciągle, ciągle pytają się mnie, gdzie są ich matki, ojcowie. Proszą, żeby do nich napisać.

— Mnie też proszą. Trudno.

— Ciebie! Ty przyjdziesz i pójdziesz, a ja? Proszę ich błagam, która ciężarna, niech się nie zgłasza do lekarza, która chora, niech siedzi w bloku! Myślisz, że wierzą? Przecież człowiek chce tylko ich dobra. Ale jak im pomóc, kiedy same pchają się do gazu!