Z chrzęstem, przy pełnych reflektorach, waliły jezdnią wypchane ludźmi ciężarówki, przelewając się na wybojach. Twarze ludzi ukazywały się spod brezentu białe, jakby posypane mąką, i, jak zdmuchnięte wiatrem, nikły w ciemności. Motocykle, obsadzone żołnierzami w hełmach, wynurzały się spod wiaduktu i, trzepocząc skrzydłem cienia jak potworne motyle, znikały z hukiem za samochodami. Duszący dym spalinowych motorów słał się na jezdni. Kolumna szła w stronę mostu.
— Nałapali pod cerkwią — rzekł za mną sklepikarz. Położył mi ciężko ręce na ramionach. Bilo od niego odorem wódki i śmierdziało machorką71. — Żeby ich ziemia pochłonęła
— Zabierają się do nas — rzekł ponuro policjant z paskiem zapiętym służbowo pod brodą. Zdjął czapkę i otarł czoło rękawem. Czerwona pręga, odciśnięta na łysinie przez czapkę, bielała na chłodzie. — Ano, tak — dodał przez zęby.
— Ta Żydówka wyprowadza się od was? — szepnął konfidencjonalnie sklepikarz. — Tak szybko?
— Wyprowadza się gdzie indziej.
— To co będzie z mieszkaniem? — zaniepokoił się sklepikarz. Nachylił się do ucha. — Ja już z ludźmi gadałem. Pan kierownik miał dzisiaj dać zadatek.
— To szukaj pan kierownika — powiedziałem niecierpliwie i otrząsnąłem jego łapy.
— Przepraszam — szepnął sklepikarz. Światło reflektora przejechało po jego twarzy. Zamrugał powiekami, odpędzając się od jego blasku. Reflektor oświetlił wnętrze ulicy, twarz sklepikarza oblekła się w mrok.
— Ona wraca do getta. Ma tam córkę, która nie może się wydostać.
— No pewno — rzekł z przekonaniem sklepikarz. — Przynajmniej umrze z nią jak człowiek... — westchnął ciężko i zapatrzył się w ulicę.