— Boże, Boże, jeszcze dwie godziny do obiadu. Czy to prawda, że dziś będzie w obozie wybiórka, że pójdziemy do krematorium?
Już wszyscy wiedzą o wybiórce. Ukradkiem opatrują sobie rany, żeby były czyściejsze i mniejsze, zrywają bandaże, masują mięśnie, spryskują się wodą, żeby być świeższymi i raźniejszymi na wieczór. Walczą o byt ciężko i bohatersko. Innym jest wszystko jedno. Ruszają się, żeby uniknąć bicia, żrą trawę i lepką glinę, aby nie czuć głodu, chodzą osowiali, jeszcze żywe trupy.
— My wszyscy — krematorium. Ale wszyscy Niemcy będą kaput98. Wojna fini99, wszyscy Niemcy — krematorium. Wszyscy: kobiety, dzieci. Rozumiesz?
— Rozumiesz, Greco gut. Ale to nieprawda, wybiórki nie będzie, keine Angst100.
Przekopuję wał. Lekka, poręczna łopata „sama” chodzi w dłoniach. Grudy wilgotnej ziemi poddają się łatwo i miękko wylatują w powietrze. Dobrze jest pracować, jak się zjadło na śniadanie ćwierć boczku z chlebem i czosnkiem i zapiło się puszką skondensowanego mleka.
W skąpym cieniu murowanego inkubatora kucnął Kommandoführer101, mały, wysuszony esesmanek w rozchełstanej koszuli. Zmęczył się łażeniem wśród kopiących. Umie boleśnie smagać szpicrutą. Wczoraj ciął mnie dwa razy przez plecy.
— Gleisbauer102, co tam nowego słychać?
Śmigam łopatą i przybijam ziemię na wierzchu.
— Pod Orłem103 padło trzysta tysięcy bolszewików.
— To dobrze, nie? Jak myślisz?