— Nie.
— Czemu?
— Człowieku, ja mam dosyć, kompletnie dosyć!
— Już po pierwszym transporcie? Pomyśl, ja — od Bożego Narodzenia przewinęło się przez moje ręce chyba z milion ludzi. Najgorsze są transporty spod Paryża: zawsze człowiek spotyka znajomych.
— I co im mówisz?
— Że idą się kąpać, a potem spotkamy się w obozie. A ty byś co powiedział?
Milczę. Pijemy kawę zmieszaną ze spirytusem, ktoś otwiera puszkę kakao, miesza z cukrem. Czerpie się to dłonią, kakao zalepia usta. Znów kawa, znów spirytus.
— Henri, na co my czekamy?
— Będzie jeszcze jeden transport. Ale nie wiadomo.
— Jeżeli przyjdzie, to ja nie pójdę go rozładowywać. Nie dam rady.