— Kiedy byliśmy na spacerze w Pruszkowie73. Wiesz, zieleń, boczne dróżki, las na widnokręgu. Idziemy przytuleni do siebie, a tu z boku wypada pies esesmański...

— Już nie bujaj. Przecie to w Pruszkowie, a nie w Oświęcimiu.

— Naprawdę pies esesmański, bo obok była willa zajęta przez SS. I to bydlę dawaj do dziewczyny! I co byś zrobił? Wywaliłem z rewolweru do bestii, łapię żonę za rękę i powiadam: „Irka, chodu!”. A ta stoi jak wkopana i patrzy w spluwę. „Skąd to masz?”. Ledwom ją wyrwał, bo od willi było słychać jakieś głosy. Przez pola na przełaj gnaliśmy jak dwa zające. Długo musiałem Irce tłumaczyć, że ten kawałek żelaza jest potrzebny w moim zawodzie.

W międzyczasie któryś z kolejnych doktorów gada o przełykach i o takich rzeczach, co są w środku człowieka, a Witek beztrosko referuje mi dalej:

— Pokłóciłem się kiedyś z przyjacielem. Albo on, albo ja, pomyślałem. On też tak zresztą pomyślał, znałem go dobrze. Łaziłem za nim coś ze trzy dni i tylko patrzyłem, czy mi kto za plecami nie siedzi. Przydybałem go na Chmielnej74 wieczorkiem i wyrżnąłem, ale nie trafiłem, jak trzeba. Przychodzę nazajutrz, ma rękę obwiązaną i patrzy na mnie spode łba. „Upadłem” — mówi.

— I co ty? — pytam, bo historia bardzo współczesna.

— Nic, bo mnie zaraz wsadzili.

Czy się ów kolega do tego przyczynił czy nie, trudno rozsądzić, ale Witek losowi się nie dał. Na Pawiaku był oddziałowym czy kąpielowym — taki pipel75 od Kronszmidta, który wespół z pewnym Ukraińcem na każdej wachcie katował Żydów. Znasz piwnice Pawiaka? Te żelazne podłogi? Otóż Żydzi nadzy, z rozparzoną po kąpieli skórą czołgali się po nich tam i z powrotem, tam i z powrotem. Widziałaś kiedy buty żołnierskie od spodu? Ile tam gwoździ? Otóż Kronszmidt właził takimi butami na gołe ciało i jeździł na czołgającym się człowieku. Dla Aryjczyków było z tym łagodniej, czołgałem się wprawdzie, ale na innym oddziale i nikt na mnie nie właził. I nie z zasady, ale za zły meldunek. Dla nas była gimnastyka: godzina na dwa dni. Godzina: to bieg naokoło podwórka, a potem padnij i podnoszenie się na rękach, dobre ćwiczenie ze szkoły.

Mój rekord: 76 razy pod rząd i ból rąk do następnego razu. Najlepsze ćwiczenie, jakie znam, to zespołowy „lotnik, kryj się!”. Dwuszereg ludzi, pierś o plecy, niesie drabinę na barkach, podtrzymując ją jedną ręką. Na okrzyk „lotnik, kryj się!” padają na ziemię nie puszczając z barków drabiny. Kto puści, ginie pod kijem lub zaszczuty przez psa. Następnie po szczeblach leżącej na ludziach drabiny zaczyna chodzić esesman, tam i z powrotem, tam i z powrotem. Potem trzeba wstać i, nie mieszając szyków, znów padać.

Widzisz, wszystko nieprawdopodobne: kilometrami koziołkować jak w Sachsenhausen76, toczyć się godzinami po ziemi, robić setki przysiadów, całe dnie i noce stać w jednym miejscu, miesiące siedzieć w betonowej trumnie, w bunkrze, wisieć na słupku przywiązany za ręce albo na drągu zawieszonym na dwu krzesłach, skakać jak żaba i czołgać się jak wąż, wiadrami pić wodę aż do uduszenia się, być bitym przez tysiące najrozmaitszych batogów i kijów, przez tysiące najrozmaitszych ludzi — patrz, zachłannie słucham historii więzień nikomu nieznanych, prowincjonalnych, Małkini77, Suwałk78, Radomia79, Puław80, Lublina81 — potwornie rozwiniętej techniki męczenia człowieka, i uwierzyć nie mogę, żeby wyskoczyła ona z głowy ludzkiej nagle jak Minerwa82 z głowy Jowisza83. Nie mogę zrozumieć tego nagłego zachłyśnięcia się mordem, tego wylewu zapomnianego na pozór atawizmu.