Więc przede wszystkim — długi elektryk. Po drugie zaś — ślub Hiszpana. Bronił Madrytu139, uciekł do Francji i przywieźli go do Oświęcimia. Jak to Hiszpan: miał jakąś Francuzkę, a z nią dziecko. Jak dziecko nieźle podrosło, a Hiszpan wciąż w obozie, Francuzka w krzyk, że chce ślubu! Więc podanie do samego H. H. się oburzył: Taki nieporządek w nowej Europie, natychmiast dać im ślub!
Przywleczono Francuzkę z dzieckiem do obozu, z Hiszpana na gwałt ściągnięto pasiaki, dopasowano elegancki, przez samego kapę z pralni wyprasowany garnitur, z bogatych zbiorów obozowych dobrano starannie krawat do skarpetek i dano ślub.
Potem szli nowożeńcy do zdjęcia: ona z synkiem i bukietem hiacyntów na ręku, a on z nią pod pachę. Za nimi orkiestra in corpore140, za orkiestrą zaś wściekły esesman od kuchni.
— Ja wam meldunek zrobię, że gracie w czasie pracy zamiast obierać kartofle! Mnie zupa stoi bez kartofli! Ja wszystkie śluby mam w...
— Cicho... — zaczęli go uspokajać inni dostojnicy. — Berlin kazał. A zupa może być przecież bez kartofli.
Nowożeńców tymczasem sfotografowano i odstąpiono im na noc poślubną apartamenta puffu, który wygnano na dziesiątkę. Nazajutrz Francuzkę odesłano do Francji, a Hiszpana w pasiaczkach na komando.
Cały zaś obóz chodzi, jakby kij połknął.
— U nas w Auschwitzu to nawet śluby dają.
Więc przede wszystkim — długi elektryk. Po drugie — ślub Hiszpana. Po trzecie zaś — kończymy kursy. Niedawno skończyły je flegerki z FKL. Żegnaliśmy je muzyką kameralną. Zasiadły wszystkie u okna dziesiątego bloku, a z okien naszego grały im wyjątki z orkiestry: bęben, saksofon i skrzypce. Najcudowniejszy jest saksofon: łka i płacze, śmieje się i błyska!
Szkoda, że Słowacki141 nie znał go, na pewno zostałby saksofonistą dla bogactwa jego wyrazu.