— Nie, jabłek nie mam dla ciebie — odrzekłem przyjaźnie. — Nie umarłeś jeszcze, Abramek? Co słychać?
— Nic ciekawego. Czeski my zagazowali.
— To wiem i bez ciebie. A osobiście?
— Osobiście? Jakie u mnie może być osobiście? Komin, bloki i znowu komin? Albo ja mam tu kogo? A, chcesz wiedzieć osobiście: wykombinowali my nowy sposób palenia w kominie. A wiesz jaki?
Byłem bardzo uprzejmie ciekaw.
— A taki, że bierzemy cztery dzieciaki z włosami, przytykamy głowy do kupy i podpalamy włosy. Potem pali się samo i jest gemacht163.
— Winszuję — rzekłem sucho i bez entuzjazmu.
Roześmiał się dziwnie i popatrzył mi w oczy:
— Te, fleger, u nas w Auschwitzu my musimy bawić się, jak umiemy. Jak by szło inaczej wytrzymać?
I, wsadziwszy ręce w kieszeń, odszedł bez pożegnania.