Wstęp do Pamiętników ja piszę, boć chyba do mnie należy ten krwawy obowiązek, a jak tylko skończę, prześlę.

N. B. Proszę Was, drogi panie Józefie, iżbyście z odbitków książkę sprzedawali wyraźnie na korzyść: w nędzy zostających bez żadnego wsparcia starych artystów, jeżeli są tacy; a jeżeli nie, to na korzyść sierot po Sybirakach. Ja bowiem uważałbym taki dochód za najokrutniejszą obrazę mojego żalu, za dochód z trumny... Niechże mnie od tego Bóg najwyższy broni! Wojna, zdaje się, iż skończy się prędko... W czasie pokoju pismo takie jak żony mojej znajdzie czytelników...

Z umysłem jestem jeszcze jak człowiek uderzony obuchem; zdaje mi się wciąż, że odjeżdżam i wszystko w nieładzie leży i nie mam na nic głowy... (Rękopisy Ossolineum 3660).

Nie chodziło tu zatem o żaden pamflet, ale o szczere i z dobrą wiarą przez jedną z najbliższych osób pisane wspomnienia. Autor entuzjastycznych Listów o Adamie Mickiewiczu jest tu chyba dość niepodejrzanym świadkiem. Nasuwa się pytanie, co to są za „skandale”, których tak obawia się Władysław Mickiewicz, co to za „opis domu nieco skandaliczny”, który, znając pamiętniki, uważa za właściwe opuścić Lenartowicz, co to za „łotrostwo, które otaczało Adama i które nie dziś powinno być ogłaszane”? Razem z pytaniem znajdujemy w tej korespondencji poniekąd odpowiedź: to „historie o towianizmie, ciekawe, ale niebudujące”, jak je nazywa Lenartowicz; to — jak wynikałoby z listu Artura Wołyńskiego — rewelacje tyczące ustroju towianizmu odnośnie do kobiet, słowem, strona obyczajowa towianizmu, do dziś dnia traktowana przez naszych badaczy tak nieśmiało i dziecinnie.

Powrócę jeszcze do tej sprawy. Na razie chciałem ujawnić fakty świadczące wymownie o tym, że wiedza o Mickiewiczu od samego początku szła innymi torami, niż się tego dla wszelkiej wiedzy wymaga. Widzimy tu — powtarzam — Władysława Mickiewicza; widzimy, jak dla zdobycia dokumentu nie szczędzi trudów i starań, w każdej chwili gotów odbyć nawet dalekie podróże. Po śmierci Lenartowicza pierwszy zjawił się we Florencji (mimo że za życia odnosił się doń raczej chłodno), ale celem, jaki mu przyświeca, może być równie dobrze dokument ocalić jak zniszczyć. „Niemało lat i trudów poświęciłem biografii Ojca mojego i żaden szczegół godny potomności nie zatrę”, pisze w liście do Wołyńskiego: — w słowach tych jasno postawiona jest zasada cenzury; gdyż o tym, co jest „godne potomności”, pojęcia jakże są względne i zmienne! Z Władysławem Mickiewiczem nigdy nie można wiedzieć, kiedy działa syn, członek dynastii, kiedy wyznawca i dziedzic idei, a kiedy badacz. Nie byłoby w tym nieszczęścia, dopóki chodzi o interpretację świadectw, ale kiedy chodzi o same dokumenty, musimy się zapytać, jak rozległą była działalność tej cenzury? Oskarżenie w liście Artura Wołyńskiego jest poważne, a mamy raczej powody sądzić, że usprawiedliwione. I z tego punktu widzenia trzeba było przypomnieć, że ta „odlewarnia brązu” na posąg Adama to była przez pół wieku centrala wiedzy o poecie, przez którą przechodziła większość dokumentów.

Chodziło mi zatem o to: w wiedzy naszej o Adamie oprócz cenzury wynikłej z jego przebóstwienia, z tego, że zawsze był czymś odrębnym w naszym piśmiennictwie, a studia nad nim czymś pośrednim między hagiografią a historią literatury, weszła w grę jeszcze i cenzura faktyczna, tycząca samych źródeł i dokumentów. I jeżeli biografowie Mickiewicza skarżą się, że całe epoki w jego życiu są tak mało znane, tak zagadkowe, czy przyczyny nie trzeba by szukać w tej właśnie przez dziesiątki lat metodycznie wykonywanej cenzurze? Ile ona szkód wyrządziła, w jakim stopniu da się je naprawić, byłoby dziś pilną rzeczą do rozpatrzenia. Co znajduje się w prywatnym archiwum Mickiewiczowskim? Czy niepożądane świadectwa zniszczono, czy tylko je chowano — oto doniosłe pytania.

Chodziłoby tylko o ustalenie zasadniczego stanowiska. Jeżeli bowiem idzie o zachowanie „posągu z brązu” w takim razie może i tę cenzurę powinno się uznać za zbawienną i pożądaną! Niszczenie dokumentów byłoby naturalną konsekwencją tego stanowiska. Łączenie natomiast tego „brązownictwa”, jak je nazwałem, z prawami krytyczno-literackich badań zawsze wyda coś bardzo niepełnego, coś zakłamanego, fałszywego. Albo — albo. Nauka, której się odmawia prawa do „mikroskopu”, nie może być nauką; nauka, której się z góry chce narzucić uświęcone konkluzje, też nie może być nauką. Trzeba się zdecydować, czy się chce beczeć godzinki pod pomnikiem Mickiewicza, czy też naprawdę poznawać ten największy i najciekawszy fenomen, jaki był w polskim życiu.

Tajemnice pamiętnika Zofii Szymanowskiej

Przedstawiłem starania Władysława Mickiewicza około zdobycia pamiętnika ciotki, który wedle pogłosek miał zawierać „skandale” o Adamie Mickiewiczu, wedle świadectwa Lenartowicza szczegóły o towianizmie „ciekawe, ale niebudujące”, wedle zaś listu Artura Wołyńskiego szczegóły „stosunku Mickiewicza z jakąś Litwinką”, „jako wynik towianizmu, którego wyznawcy uważali wszystko za wspólną własność”. Rzecz prosta, iż pamiętniki te muszą być i dla nas niezmiernie interesujące i jedynie „brązowości” Mickiewicza można przypisać fakt, że się nimi do dziś dnia nikt nie zajął. Wszakże to jest sprawa sięgająca w najbardziej tajemnicze mroki towiańszczyzny!

Jak wspomniałem, Pamiętnik ten znalazł się po śmierci Zofii z Szymanowskich Lenartowiczowej w dwóch rękach, jedna część dostała się po jej śmierci Kraszewskiemu, który wziął pamiętnik do przejrzenia i — jak to było podobno w takich razach jego zwyczajem — nie zwrócił; druga część — nierównie ważniejsza — była u Artura Wołyńskiego. Pierwszą część nabyła po Kraszewskim Biblioteka Narodowa w Warszawie i ten rękopis jest dziś ogółowi dostępny. Mówmy zatem o tej pierwszej części, którą miałem sposobność czytać i oglądać w rękopisie. Najpierw parę słów o autorce. Zofia Szymanowska była przyrodnią siostrą Celiny Mickiewiczowej, gdyż ojciec Celiny i Heleny (Malewskiej), a mąż Marii, słynnej pianistki, rozwiódłszy się, ożenił się powtórnie z panną Młodzianowską. Zofia była małym dzieckiem, kiedy straciła ojca. Starannie chowana, raczej zdradzająca talenty do sztuk niż do nauk, Zofia kształciła się w muzyce i malarstwie. Jako młodą pannę matka zawiozła ją do Drezna dla dokończenia edukacji. Mając lat dwadzieścia, straciła matkę; po czym postanowiła wyjechać zagranicę celem poświęcenia się malarstwu. Osiadła w Dreźnie w r. 1848, niebawem przeniosła się do Paryża, gdzie zamieszkała w domu Mickiewiczów. Dłuższy czas spędziła we Włoszech jako towarzyszka i opiekunka córki Mickiewiczów, Marii. Z Marią też — już po śmierci obojga Mickiewiczów — mieszkała w Rzymie, gdy ją poznał Teofil Lenartowicz. „W Rzymie jest tu panna Szymanowska, zacna dusza, do której na emigrancką pogawędkę czasem zachodzę; jeśli mi kiedy zabrzdąka na fortepianie, to cała moja radość...” pisze poeta do Kwiatkowskiego 1 stycznia r. 1860. Małżeństwo to, żyjące o głodzie i chłodzie, było zrazu przyjaźnią brata i siostry, jak wiemy to z listów poufnych poety; w r. 1863 wszakże przyszedł im na świat synek, rychło zmarły. Zofia Lenartowiczowa pracowała w tym czasie wiele jako malarka, pomagając swymi zarobkami niezasobnemu i niepraktycznemu życiowo poecie; wyrażano się z uznaniem o jej talencie i charakterze. Zmarła w r. 1870.