„Kobiety, jak my, jesteście w Bogu! Pochodzicie od Boga! Waszym prawem jest wolność. Objawiajcie się, dajcie się poznać, uszanujemy wasze słowa i wasze czyny” itd. — takie i tym podobne orędzia skupiły dokoła Enfantina przede wszystkim rzeszę kobiet. Któraś z wyznawczyń opowiada, że kiedy usłyszała te słowa, uczuła olśnienie, wypełniła ją olbrzymia radość. Wierzą, jak towiańczycy o swoim Mistrzu — że w Enfantinie objawił się Jezus. On sam porównywa się do Jezusa. Ale nauka jego głosi raczej wolność niż ascezę; niesie rehabilitację zohydzonego przez chrystianizm ciała. Reforma małżeństwa w duchu wolności. Kto kogo nie kocha, może go opuścić i iść za tym, kogo kocha: proste zerwanie węzłów za wspólną zgodą. Nauka, w początkach zwłaszcza, głosi wyzwolenie, życie wedle serca i zmysłów, bez kłamstwa i innych obowiązków oprócz żarliwej miłości bliźniego.
Ten początek rodziny saintsimonicznej upojeniem swym przypomina początki towianizmu: wyznawcy prowadzą wspólny stół w wielkiej sali zwanej... Redutą. Na zebraniach tych pełnych entuzjazmu tłoczą się adepci wierzący w złoty wiek ludzkości i nową ewangelię. Dodajmy, że wyznawcy Enfantina, przysięgający na kobietę-Mesjasza, to byli przeważnie ludzie nader niepospolici, którzy później zajęli wybitne stanowiska i istotnie pod wieloma względami przeczuli nowe formy świata.
W praktyce jednak zasady te wywołały rychłe dysonanse. Ojciec Najwyższy (taki tytuł przybrał Enfantin) postanowił regulować sprawy miłosne Rodziny: stosunkami mężczyzny i kobiety miała kierować wybrana para złożona z kapłana i kapłanki. Kapłani ci rozłączaliby pary, skoro im się wyda, że harmonia znikła. I tu zaszły nieporozumienia między Enfantinem a innymi wodzami rodziny saintsimonicznej. Olinde Rodrigues, też uczeń Saint-Simona, żąda, aby każde dziecko w Rodzinie mogło znać swego ojca, gdy Enfantin zostawia tę rzecz tylko kobiecie, uznając niejako — jak mu to zarzucał Rodrigues — „religijną wspólność” kobiet (promiscuité religieuse). Na tym tle przyszło też do rozłamu w Rodzinie, której część potępiła naukę Enfantina jako niemoralną.
Dlatego mówię tu obszerniej o saintsimonizmie, że o ile stosunki życiowe towianizmu są ciemne, o tyle sprawy saintsimonizmu są dość dobrze zbadane; przytaczam tedy te rysy dla oświetlenia epoki. Jest w powietrzu tęsknota za nowymi formami życia. Nowe ujęcie stosunku płci, przebudowa małżeństwa w duchu prawdy, jest na dnie każdego systemu i — powiedzmy wprost — stanowi nieraz główną siłę jego atrakcyjną.
Jeszcze jedną przytoczę tu relację, oświetlającą wileńskie refleksy saintsimonizmu. Oto ustęp ze wspomnień dr Stanisława Morawskiego (W Peterburku, str. 8) dotyczący jednego z pierwszych adeptów towianizmu, malarza Wańkowicza:
Wańkowicz, póki był w Wilnie, i cichy, i skromny, i chłodny, ożeniwszy się z Ordzianką, malutką, ale dziwnej rafaelowskiej piękności panienką, w Petersburgu wmówił w siebie, szturchając się kułakami pod boki, że jest i że być musi natchnionym artystą-poetą. Cięgle sobie różnymi najdziwaczniejszymi wyobrażeniami mózgi podsmalał, aż na koniec bez nauki, bez przygotowania w jakiegoś mistyka przeszedł i tysiące głupstw w życiu potocznym i domowym narobiwszy, z dobrą i piękną żoną swoją się rozstał i na towiańszczyźnie zakończył. Chciało mu się koniecznie wspólności żon, a na to właśnie jego żona, choćby zapewne lepiej wyjść mogła, zgodzić się nie chciała i jak wariatowi pięknymi swoimi oczyma patrzała mu w oczy. Pamiętam, że kiedy nieprędko potem, wracając z Paryża wpadłem na dni kilka do Wilna i tam się przed kimś z toku rozmowy przyszło mnie wygadać, żem lekcyj saintsimonistów i bucheristów, i Furiera słuchał, Wańkowicz, powziąwszy o tym języka, wpadł do mnie natychmiast jak szalony o jedenastej w nocy i całą noc spać nie dał, żądając, żebym mu koniecznie w treści zasady tych dotąd przynajmniej marzycieli wyłożył.
Niech mi nikt nie zarzuca, że ja widzę wszędzie kobietę. Wręcz przeciwnie: to nasi „brązownicy” zamykają oczy na jej istnienie; nie da się zaś zaprzeczyć, iż sprawy płci istnieją i grają w świecie pewną rolę...
I czy to nie jest uderzające: gdziekolwiek zetknąć się ze świadectwami współczesnych, wszędzie prawie z nazwiskiem Towiańskiego łączy się sprawa kobiet; kiedy natomiast czytać naszych towianologów, sprawa ta absolutnie nie istnieje! Przyczyniła się może do tego okoliczność, że Towiański z późnych lat życia, jako najbliższy tradycją, przesłonił Towiańskiego z wcześniejszego okresu. Ale przede wszystkim objawia się tu nasza pruderia obyczajowa, aby nie powiedzieć obłuda.
Przejdźmy kolejno. Wspomnienie Wołodki z epoki towiańszczyzny w Wilnie cytowałem. Dodajmy do relacji Wołodki to, że zarówno Karolina Towiańska jak siostra jej, Anna Gutowa, odznaczały się niepospolitą urodą.
O Karolinie Towiańskiej krążyły różne legendy. Gadano, że Towiański magnetyzuje ją dla porozumiewania się z duchami. „Żona Towiańskiego jest somnambulką, ona wszystko widzi, nie on” — pisze Krasiński w liście do Delfiny, a gdzie indziej mówi: „Ilekroć razy się rozłączał od żony, wracał do dawnego stanu mierności. Ile razy był z nią razem i mieszkał, odzyskiwał swą potęgę”. Oczywiście Krasiński jest tu echem obiegających gadań.