Jeżeli pani Celina świat opuszczała nie zachowując urazy do nikogo, siostra jej, panna Zofia Szymanowska, nie pohamowała gniewu swego przeciw towianistom. Mickiewicz, nie chcąc, aby syn jego uległ jej podżeganiom, opowiedział mu przy zwłokach żony o dawniejszej chorobie pani Celiny, o dowodach największego poświęcenia, jakie mu dali przyjaciele, którzy tygodniami inaczej nie sypiali, jak na podłodze, aby na pierwsze skinienie być mu pomocą, i nie pozwolić mu upaść na duchu w najrozpaczliwszem położeniu... (IV, 394)

Panna Szymanowska krzywo patrzała na niektóre osoby bywające w Arsenale, syn zaś Adama namiętnie się za nimi ujmował. Mickiewicz wieczorem 10 września odezwał się do starszego syna: „Zostaw kaprysy kobietom, prowadź się po męsku i pracuj, inaczej sam na tym pierwszy ucierpisz”... (IV, 418)

Zdaje się, że Zofia Szymanowska wydała walkę wpływowi Ksawery i że tę walkę przegrała. Czy wchodziło tu w grę oddanie siostrze i kult dla poety, czy też kryły się w jej sercu inne, żywsze dlań uczucia, nie wiemy. Nie wiemy, co były za „skały”, o których mówi Lenartowicz, a o które „potłukł się jej statek”. W dwa lata po spisaniu relacji o tych zaręczynach, a w pięć lat po śmierci Adama, wyszła za mąż za innego poetę, za Teofila Lenartowicza; ale małżeństwo to wydaje się aktem współczucia i rezygnacji. Oto, jak Lenartowicz opisuje ten związek w liście do dawnej przyjaciółki, Tekli Zmorskiej (odpisy Biegeleisena).

Florencja, 15 października 1861

...żądasz ode mnie szczegółowych wiadomości o moim związku. Oto co ci o nim najważniejszego mogę powiedzieć — że kobieta, z którą się połączyłem, ma siłę żyć ze mną jak przyjaciel z przyjacielem, bez pieszczot, bez romansów, bez czułości, na które w dzisiejszym czasie nie ma czasu i które we mnie już by nie wiem jak jeśli nie grzechem nazwać. Ona pracuje na utrzymanie życia i ja jak mogę, bo nic nie posiadamy, żadnego kapitału, żadnych innych funduszów nad to, co się zapracuje. Wieczorami czytamy książki, od rana ja w bibliotece, ona w galerii, obiady nasze nie zaprawione wesołym śmiechem, u nikogo nie bywamy, z nikim nie mamy stosunków...

Związkowi mojemu był obecny obszarpany zakrystian — ksiądz Włoch połączył nas, a na kolację jedliśmy chleb dobrze posolony i o przyszłości swojej mówili jak owi, którzy na potłuczonym o skały statku wybierają się na morze...

Sądziłem, że w związku z poprzednimi dokumentami i ów akt „zaręczyn” Zofii Szymanowskiej zasługuje na ogłoszenie. To jeszcze jeden słaby błysk światła w głębokim mroku zdarzeń, które może z czasem uda się rozjaśnić.

Drogi geniuszu

Poprzednie moje rozważania wywołały dość żywe poruszenie, żywsze w każdym razie, niżby można sądzić z drukowanych o nich enuncjacji. Bo u nas od dawna zakorzeniły się — zwłaszcza gdy chodzi o naszych wielkich — tradycje podwójnej wiedzy: jedna ustna, druga pisana. To, co uczeni lub literaci mówią między sobą, często nie ma nic wspólnego z tym, co w danej sprawie piszą. Miejmy nadzieję, że ten stan, wynikły z anormalnych warunków naszego niedawnego życia, zmieni się; bo zdrowe to nie jest. Na dłuższy dystans wywarło to skutki dość opłakane; ciągła nauka „dla pokrzepienia serc”, dla zbudowania młodzieży, znudziła wszystkich, nawet jej producentów. Zdarza się, że zaczynają nienawidzić swoich bożyszczów, znudzeni tym, co o nich klepią, dławieni tym, czego o nich nie mogą powiedzieć, a nie umiejąc „scałkować” wszystkiego. Bo zważmy ten okrutny paradoks: ci, którzy najgorliwiej odlewają posągi z brązu, ci właśnie posiadają zazwyczaj w ręku wszystkie dokumenty, przekonywające ich, jak dalece bohater ich odległy bywał od tego, co zeń robią, jak bardzo był inny i — powiedzmy to od siebie — bardziej interesujący. Ale raz wszedłszy na drogę brązowniczą, nie wiedzą, jak z niej wybrnąć.

Byłem świeżo w Krakowie, gdzie zetknąłem się po trosze ze światem uczonych. Najmilszy świat, dla niego wciąż będę tęsknił za Krakowem! Jak zawsze, krążą tam anegdotki, ploteczki, złośliwości, w których celują ci magowie, tak często zmuszeni ukrywać uśmieszek pod maską powagi. Toga profesorska w Krakowie przynajmniej — ma jeszcze coś z sukienki kapłańskiej. Tym razem komentarze obracały się dokoła niedawnej śmierci zasłużonego mickiewiczologa, prof. Kallenbacha. Przysłuchuję się rozmowie. Jeden z uczonych ryzykuje paradoks, że Kallenbach „nienawidził” Mickiewicza, że nie ominął żadnej sposobności, aby go skompromitować, bijąc niby to wciąż przed nim pokłony. Oczywiście paradoks taki dobry jak inny. Zastanawiają się nad tym, jakie tajemnice wziął z sobą do grobu Kallenbach, on, który znał na wylot wszystkie archiwa mickiewiczowskie25; czy zniszczył swoje notaty i papiery, aby z nich nikt nie korzystał itd. Ktoś miał zapytać innego znakomitego uczonego, profesora, którego z prof. Kallenbachem łączyła długoletnia wzajemna pełna kurtuazji nieżyczliwość: „Jak pan sądzi, czy Kallenbach zwierzył komu przed śmiercią, co on naprawdę myśli o Mickiewiczu?” — „Powiedziałby z pewnością, że to była skończona ś...” — odpowiedział profesor. Niewinny żart, oczywiście: brązownicy en pantoufles.