„Ty, mój bracie, jako chrześcijanin epoki wyższej, powinieneś być dla kobiety sługą w Jezusie Chrystusie; nie tylko nie powinieneś się gorszyć podobną skłonnością względem ciebie, ale spoglądać na nią z prostotą, z wolnością ducha i jako prawdziwy przyjaciel kobiety wejść w jej położenie, szanować, współczuć i czynić wszystkie wysiłki, aby ją sprowadzić na drogę wolności i połączenia z tobą w braterstwie chrześcijańskiem”.

Mało kto chyba będzie miał wątpliwości, jaki musiał być rezultat tych prac bratersko-siostrzanych, zwłaszcza o ile się w nie wmieszał „temperament raczej żywy”. I pod tym względem spotkamy w towianizmie krańcowo różne typy. Gdy np. taki Goszczyński, nędzarz nad nędzarze, żyje jak asceta, notując jedynie w swoim dzienniku wszystkie „zmazy nocne”, jak np. „26 stycznia 1847: Sen tej nocy. Kobieta znajoma, grzech z nią cielesny” (przy tym wzruszający nawias: „Nędza, kawa, bulion”), o tyle byli zapewne inni bracia, którym się wcale nieźle wiodło w ich „pracach” nad siostrami. A Mistrz?...

I tu uwaga: wciąż w arcybanalnym ujęciu traktuje się mistycyzm i erotyzm jako przeciwieństwa, gdy tymczasem są to dwie rzeczy zazwyczaj ściśle z sobą splecione; zawsze niemal ruch mistyczny barwi się erotyzmem. Dlatego nie widzę tu sprzeczności: towianizm mógł mówić wciąż o „duchu”, a stojący z zewnątrz mogli go uważać za gniazdo rozpusty; i jedni, i drudzy ze swego punktu widzenia mogli mówić prawdę.

U nas udział kobiet w towianizmie i w ogóle jego ziemskie sprawy ignorowało się zupełnie; teraz, gdy tę rzecz poruszyłem, ci nawet, którzy rzekomo mnie zbijają, ukazują rąbek wielu tajemnic. Bądź co bądź, uderzająca jest ta ciągła reputacja „erotyczna”, jaka towarzyszy towianizmowi u współczesnych, wobec tak dokładnego sterylizowania tej wiary przy dzisiejszych towianologów; jak nie mniej może uderzyć różnica między tym, co się pisze i mówi głośno, a tym, co szepcą sobie uczeni na ucho. Wspominałem już poufne relacje, jakie dostawałem od osób, które by nigdy tego głośno nie napisały. Toteż przeważnie zastrzegają sobie dyskrecję. Pisze mi np. ktoś, kto się zajmował dłuższy czas towianizmem, ten sam, który mi pisał o nim jako o czymś najgruntowniej przez naszą naukę „załganym”:

Jestem głęboko przekonany — jakkolwiek przekonanie to oparte jest na intuicyjnym wyczuciu aniżeli udokumentowane źródłami, które... — pan wie najlepiej, jak to jest z tymi „źródłami” — że odsuniecie się Słowackiego od towianizmu miało głębsze przyczyny, aniżeli owe sławne „medaliki i całowanie po nogach Mistrza”. Wyczuł to nawet nasz poczciwy bajkopisarz Esik w swojej monografii... Słowacki był naturą przedziwnie czystą pod względem seksualnym (nie wchodzę w to, ile racji ma co do tych spraw Tretiak) i musiało go razić, że powiem po niemiecku „das wüste Treiben” towiańczyków, które czasami — excusez le mot31 — przypominało „psie wesele”.

Oto rozdźwięki, jakich chyba żadna nauka nie zna w tym stopniu co polska! Pisze się: „kolumny duchów” — „ciągła ofiara” — mówi się: „psie wesele”... Urywek przytoczony z zacnego Begeya ułatwi może połączenie tych pozornych sprzeczności w logiczną całość.

To jest w istocie zadziwiające, że jakiekolwiek świadectwo współczesne tyczące mistrza Andrzeja wziąć do ręki, każde prawie ma smaczek erotyczny. Oto z okazji tej całej dyskusji przesyła mi za pośrednictwem dr Jerzego Kollera z Poznania, następującą relację p. Przemysław Mączewski:

Przemysław Mączewski — pisze dr Koller — jako student uniwersytetu przyjaźnił się ze staruszkiem inżynierem Olewińskim, zmarłym po wojnie we Lwowie. Ów Olewiński, to miała być kapitalna figura, mierosławszczyk, literat itd. Jako młodziutki 16 czy 17-letni chłopak, uciekł z domu rodzicielskiego do powstania (1863) razem z bratem. Chwycony przez Moskali, był stawiony przed głośnym Czengierym, który w tym wypadku okazał się człowiekiem w pełni wyrazu: zbeształ obu małych chłopaków, dał im po 15 rubli, jakieś przepustki i kazał uciekać. Po ciężkich cierpieniach znalazł się ów Olewiński, bez grosza, chory, w Zurychu szwajcarskim. Tam ulitowała się nad nim niejaka pani Beker, która przyjęła tułacza do domu swego i utrzymywała. I tutaj dopiero zaczyna się to, co pana obchodzi...

W Zurychu mieszkał wówczas (r. 1863 czy 1864) „Mistrz” w otoczeniu swojej gminy, złożonej z kilkudziesięciu wyznawców, przeważnie bab; byli i były wśród nich tacy i takie, co majątki posprzedawali, aby siedzieć w Zurychu bliżej Mistrza. Mistrz był już wówczas bardzo stary, pełen sławy i niemożliwie łakomy. Wyznawcy dostarczali mu całych pak cukierków, którymi się zajadał. Pono (zdaniem Olewińskiego) umarł z przejedzenia słodyczami, co, moim zdaniem, nie było konieczne, skoro miał około lat 80. Jeździł codziennie na spacer „konno”, na jakiejś szkapie, w pelerynie popielatej napoleońskiej i w trójkątnym napoleońskim kapeluszu. Do tej peleryny były przyszyte (silnymi drucikami) trzy guziki, na których „Mistrz” zawieszał zakupione paczki cukierków i owoców kandyzowanych, za którymi przepadał...

Otóż jeden z Polaków towiańczyków, któremu żal było młodego tułacza, powstańca Olewińskiego, obiecał mu, że go zaprowadzi w dzień św. Andrzeja na imieniny „Mistrza”, który swoimi wpływami miał dopomóc biedakowi. Olewińskiemu, którego raziła ta bałwochwalcza adoracja „Mistrza”, nie uśmiechała się wcale ta myśl, ale był na utrzymaniu z miłosierdzia owej pani Beker, a czego się nie robi z nędzy...