Co do kuzynki mojej, ta postępowała dalej swoją drogą, to jest w kierunku zupełnie przeciwnym; ona pojmowała życie praktycznie — zajmowała się i dążyła za szczęściem po ziemsku; a jakiż cel zwykły szczęścia dla młodej dziewczyny; — zamęście; więc kuzynka moja, najczęściej mówiąc o przyjemności, wyjawiała mi swoje to pojęcie o szczęściu; ja na to jedną zawsze miałam odpowiedź: że nie wierzę w szczęście na ziemi, a najmniej przypuszczam je w małżeństwie, które, zwłaszcza dla kobiety, jest niewolą. — „Bo chyba nie rozumiesz miłości” — mówiła mi na to przyjaciółka. — „Prawda, że jej nie rozumiem — odpowiadałam — a nawet wyznaję, że nie wierzę w to uczucie, tak jak nie wierzę w nic z tego, co szczęście na ziemi obiecuje”.

Takie i tym podobne rozmowy nie psuły przecież harmonii między mną a kuzynką. Chociaż zauważałam czasem pewne z jej strony podchwytywanie słów moich, gdy nie dosyć jasno, racjonalnie myśli moje objawiałam, nie brałam tego za złośliwość, tylko uznawałam brak jasności we własnych wyobrażeniach. Stosunek mój taki z kuzynką trwał około roku po powrocie naszym do kraju. W tym czasie zaczęłam uważać w niej pewną dla mnie oziębłość; — uderzyło mię to, ale sama wmawiać chciałam w siebie, że mi się to zdaje, że się mylę; a jednak niepokoiło i smuciło mię to spostrzeżenie. Mama wyjechała z nami, z całym domem na wieś na parę letnich miesięcy; zaczęłam po dawnemu korespondencję z przyjaciółką; — odpisywała mi niespiesznie i krótko — a w słowach jej widać było jakieś roztargnienie i pewien przymus, by mówić z dawniejszą poufałą wesołością. Odpisując, wyrzucałam jej to wpół żartem; ona też żartami zbywała mnie; — aż naraz posłyszałam z boku, że przyjaciółka moja za mąż idzie. Wiadomość ta podwójnie mię zasmuciła; — raz, że nie odebrałam jej wprost od przyjaciółki; — był to dla mnie dowód jakiejś z jej strony nieufności — a zarazem uczułam, że z jej zamęściem skończy się przyjaźń nasza, kiedy już teraz ustała z jej strony dawna szczerość. Mocno mię zabolała ta nagła zmiana; — parę dni po odebraniu wiadomości, czekałam — wyglądałam listu od kuzynki — zdało mi się, że kilka słów od niej wyjaśnią i zagodzą wszystko — ale nie doczekałam się. Napisałam więc sama — łagodnie i niby żartując wyrzucałam przyjaciółce zaniedbywanie dawniejszych dla nowych serdecznych stosunków — a w końcu domagałam się wyjawienia mi prawdy. Odpisała mi w kilka dni w paru słowach. Odpowiedziała, że jest pewne prawdopodobieństwo co do jej zamęścia, a gdy będzie pewność, uwiadomi mnie o tym ustnie. Po tej odpowiedzi dostrzegłam nadto już widoczny między nami rozdział; — uczułam to głęboko i zapłakałam serdecznie. Więc przyjaźń, więc każde uczucie przemija — może jest marzeniem tylko! I naraz odezwały się dawniejsze gorzkie myśli moje, które śmierć wujów była rozbudziła, a czas ukoił chwilowo. Ogarnęło mię na nowo zwątpienie; — „wszystko przemija”, zawołał głos duszy wewnętrzny — wszystko na ziemi jest znikome — zwodnicze — a więc na cóż to życie? Takie to uczucia i myśli wywołał u mnie wypadek bardzo niby zwyczajny — zamęście przyjaciółki. Zrazu przejął mię jakiś żal do niej; oskarżałam ją w duszy o lekkomyślność, o zmienność; zdało mi się, że przyjaźń nasza był to węzeł święty, którego nie wolno jej było tak nagle rozrywać; — ale następnie rozsądek, a więcej jeszcze serce przemogło u mnie i zagłuszyło powstające w umyśle podejrzenia na towarzyszkę lat dziecinnych. Jakiemże prawem — zapytałam sama siebie — jakiem prawem oskarżam ją o lekkomyślność i zmienność; czyż nie jest to ogólnym kobiet przeznaczeniem iść za mąż? — i czyż mogę wymagać od niej, ażeby poprzestała na przyjaźni? — Ta przyjaźń wprawdzie mnie wystarczała — była szczęściem moim, ale czyż miała koniecznie i jej całe szczęście stanowić? a wszak ona nieraz mówiła mi o miłości, objawiając przekonanie, że w tem uczuciu jedynie szczęście znaleźć można. Tak dowodziłam sama sobie i usprawiedliwiałam przed sobą przyjaciółkę; tylko sposób, w jaki zaszła ta zmiana, to stopniowe zobojętnianie kuzynki względem mnie, były to rzeczy niewytłumaczone jeszcze dla mnie. Domyślałam ja się, że nowe budzące się w sercu uczucie mogło spowodować owe jej roztargnienie i chwilowe zaniedbywanie ranie — ale dlaczegóż zamilczała przede mną o wszystkiem — skąd ten brak zaufania? Ta skrytość nieznana mi w przyjaciółce przejęła mię smutkiem, który jak cierń utkwił w sercu i myśli; wyglądałam zapowiedzianego jej przybycia z niepokojem prawie trwożliwym; czułam, że ona przyjdzie zerwać ostatecznie ten tak dla mnie drogi, od lat dziecinnych trwający stosunek; — i nie omyliło mię przeczucie. Gdy w kilka dni przyjechała z rodzicami swemi, było to dla oznajmienia nam oficjalnie bliskiego już zamęścia swego i zaproszenia na obrzęd zaślubin. Pomimo że byłam przygotowana do tej wiadomości, doznałam przecież dziwnie smutnego wrażenia, odbierając te jakby urzędowe zaprosiny na ślub przyjaciółki. Nie chciałam pokazać, co czułam, nawet przed nią, dla której dotąd nic nie miałam skrytego — ale ona ze zwykłą swoją bystrością dostrzegła wzruszenie moje, zaproponowała, by iść z nią przejść się po ogrodzie; gdyśmy pozostały bez świadków, zagadnęła pierwsza: „Tak więc, moja Zosiu, przyjaciółka twoja za mąż idzie — i cóż ty na to?” — „Życzę ci z serca szczęścia, jakiego pragniesz”, odpowiedziałam spokojnie, ile mogłam. — „O, ja mam nadzieję, ciągnęła dalej, że będę bardzo szczęśliwa; mój przyszły pod każdym względem odpowiada życzeniom moim. Jego i mój sposób widzenia, charaktery nasze i wyobrażenia zgadzają się najzupełniej”. Tutaj wymieniła nazwisko — ja tego pana nie znałam wcale — słyszałam o nim była tylko jako o nadzwyczaj złośliwym, bystrym, przebiegłym człowieku. Tem smutniej mi się teraz na sercu zrobiło — ale nic nie powiedziałam; szłyśmy chwilę w milczeniu — ona je znów przerwała dziwnie się odzywając: „Ale przecież dlatego przyjaźń nasza nie będzie zerwana” — i zatrzymała się — spojrzałam na nią — miała wzrok badawczy, ale jakiś zimny, na mnie zwrócony. Uczułam zimno tego wzroku w sercu i odpowiedziałam już spokojnie zapytaniem: „Cóż znaczy twoje dlatego?” — „Chcę mówić, że przecież zamęście nie przeszkodzi przyjaźni”. — „Tego ja nie wiem, moja droga” odrzekłam i wróciłyśmy do domu w milczeniu. Odtąd aż do dnia jej zaślubin widywałyśmy się coraz rzadziej; nietrudno mi już teraz było dostrzec, że obecność moja wywoływała u kuzynki jakiś przymus — a gdy spotykałam u niej jej narzeczonego, widziałam, że doznawała dziwnego jakiegoś zakłopotania. — Słowem, nasza przyjaźń skończyła się już wtedy i gdybym była mogła iść za uczuciem naówczas doznawanym, byłabym całkiem z nią zerwała. Wolałabym była wcale jej nie widywać, niżeli odegrywać komedię przed światem; ale tak jak w ważniejszych, tak i w drobnych okolicznościach, trzeba nieraz zachowywać względy pewne. Matka moja, z właściwym sobie taktem postępując, nie chciała zupełnego z naszej strony zerwania, przez wzgląd na stosunki familijne z rodziną ojca, z którą wprawdzie nigdy nie była na stopie braterstwa, tylko zachowywała konieczne formy towarzyskie, a to jedynie przez pamięć na męża swego; zasady i wyobrażenia Matki mojej nie dozwoliły jej zbliżenia z ludźmi, których celem życia jedynym był materialnie świetny byt; przecież ojciec mój miał się zupełnie różnie od reszty rodziny — i rodzice mojej przyjaciółki mieli wiele dobroci serca — to sprawiło, że mama zachowała z nimi bliższe stosunki. — Postępowanie obecne kuzynki wcale matki mojej nie zadziwiło; ona odkryła była w niej od dziecka zaród egoizmu i materializmu, dlatego nierada była z mojego w kuzynce zaufania. Zrozumiałam to późno, ale tym silniej uczułam.

Dzień zaślubin kuzynki był dniem bardzo dla mnie przykrym. Przeświadczenie o zerwaniu przyjaźni naszej nie było jedynym do tego powodem. Dostrzegłam udanie w dawnej przyjaciółce mojej; okazywała ona tego dnia więcej serdeczności względem mnie, odosabniała się chwilami ze mną, ażeby mówić o przeszłości naszej, przypominała różne drobne okoliczności dotyczące historii naszej przyjaźni; — temi wspomnieniami poruszała słabą stronę, nie całkiem jeszcze w sercu mojem zerwaną. Na chwilę zapomniałam o wszystkiem, co niedawno zaszło między nami; — nie pomnąc też na siebie, cieszyłam się myślą, że przyjaciółka w zamęściu szczęście znajdzie, że marzenia jej urzeczywistnione będą. Powiedziałam jej szczerze, co myślałam; — na to ona: „A przecież ty nie wierzysz w to szczęście?” — „Ja w żadne nie wierzę, ale cieszyć się potrafię szczęściem tych, których kocham”. — „Może też, przypatrzywszy się mojemu, zmienisz zdanie o szczęściu, bo wszak będziemy się widywały, i często — tak jak dawniej?”. Ostatnie te słowa, wymówione z dziwnym przyciskiem, uderzyły mnie niemile; przypomniała mi się dawniejsza z kuzynką rozmowa w tym przedmiocie; — była mi ona już wtedy zrobiła podobne zapytanie, tylko w innych słowach. I znów spojrzałam jej w oczy, i tak jak wtedy spotkałam wzrok zimny; gdy nie odpowiedziałam zaraz, ona powtórzyła zapytanie: „Będziemy u siebie bywać — nieprawdaż? wszak pozostaniemy dla siebie, czym byłyśmy zawsze?” — „Nie zdaje mi się”, odpowiedziałam z całą otwartością. Ona, nie żądając wytłumaczenia, zwróciła rozmowę; ja już jej nie słuchałam, już teraz ostatecznie uczułam nie tylko brak serca u niej, ale jakąś ukrytą sprężynę w dzisiejszym jej ze mną postępowaniu. Oddaliłam się od niej po chwili i zaczęłam ją obserwować; zauważyłam, że zwracała często oczy na kółko z kilku osób złożone; te znów osoby zdawały się ją mieć na oku, a czasem też i na mnie z ukosa poglądały; wtedy kuzynka zbliżała się do mnie i na nowo zawiązywała rozmowę. Poznałam, że jej chodziło o sąd ludzki; ci, co na nią mieli oczy zwrócone, byli (jak się później dowiedziałam) krewni i przyjaciele jej męża; między nimi znajdowali się ludzie złośliwi, a że przyjaźń jej ze mną była znana, wypadało okazywać czułość względem mnie, ażeby uniknąć złośliwych uwag. Ta komedia wywołała u mnie gorzkie uczucie, bardzo bliskie pogardy dla tej, którą niedawno zwałam przyjaciółką moją. Odetchnęłam głęboko, gdy mama, która w tym gronie obcą się czuła, niedługo bawiąc opuściła je z nami. Tak rozstałam się na zawsze z przyjaciółką z lat dziecinnych; zrazu cierpiałam głównie na tym, że doznałam zawodu w uczuciu, było to pierwsze tego rodzaju doświadczenie; ale następnie uczułam brak stosunku dla serca. Ciężko mi było tłumić w sobie myśli cisnące się teraz do głowy z coraz większą mocą; potrzebowałam wynurzyć się, pragnęłam zamienić myśli, a nie miałam komu się powierzyć. Matkę moją kochałam i czciłam; ale głębokie uszanowanie, jakie miałam dla niej, przeszkadzało bezwarunkowemu z mej strony zaufaniu; wiedziałam, że wyobrażenia moje niejasne, myśli smutne i gorzkie zmartwiłyby matkę; obawiałam się zarazem z jej strony nagany za te marzenia, niczym na pozór nieusprawiedliwione; więc nie tylko się przed matką nie wynurzałam, ale nawet unikałam wszelkiego z nią tłomaczenia się. Przecież mama dostrzegła nową we mnie zmianę; zauważałam często badawcze jej i niespokojne spojrzenia na mnie zwrócone; zdarzyło się, że zrobiła mi uwagę nad postępowaniem moim, nad tonem moim szorstkim i pogardliwym, względem niektórych niesympatycznych dla mnie osób; czasem odebrałam i ostre słowo za to; wtedy albo odpowiadałam, że udawać nie umiem, albo częściej zamykałam się w upornem milczeniu. W rodzeństwie mojem nie znajdowałam też potrzebnego mi udziału; — siostra moja niecierpliwiła się tą moją skłonnością do zgłębiania wszystkiego, uważała mię jako marzycielkę, — toteż i z nią unikałam rozpraw daremnych. Pozostawał mi w domu brat jako przyjaciel, z nim byłam więcej zbliżona w czuciu — miał on w wielu względach podobne ze mną wyobrażenia o świecie i ludziach — ale był młodszy ode mnie o lat parę; taka różnica wieku między mężczyzną a kobietą jest już znaczna — przynajmniej taka była między mną a bratem, bo miał on prócz przywiązania do mnie, zaufanie większe niżeli do kogokolwiek. Nabrałam też nad nim dziwnej przewagi, której z czasem dla dobra jego matka nasza używała jako jedynego środka; o tym dalej obszerniej mówić mi przyjdzie; — teraz powiedzieć chcę tylko, że przyjaźń z bratem była dla mnie ulgą czasem, ale nie podporą. Więc po zerwaniu stosunku z kuzynką, uczułam się samotna; gdy mówię o zerwaniu z nią, nie znaczy to, iż zaszło między nami jakieś otwarte wytłomaczenie się; ona tego nie chciała i nie potrzebowała, ażeby mię na zawsze od siebie oddalić; zrozumiałam w końcu, że taki był cel jej względem mnie postępowania od roku — a powodem była licha zazdrość; o tym przeświadczona zostałam przez brata mego. Po zamęściu kuzynki zdarzyło mu się posłyszeć między znajomymi młodymi ludźmi o pojedynku, który miał mieć miejsce z mego powodu zagranicą, gdyśmy tam byli. Był to wypadek śmieszny, a wiadomy tylko bratu memu i mnie, bo pojedynek ten był zamierzony (ale nie miał miejsca) między kolegą szkolnym brata mego a Niemcem jednym, wcale nieznanym w domu naszym; takie zajścia nie rozgłaszają się, ja sama o tem dowiedziałam się późno od brata i zażądałam, by nikomu więcej nie mówił o tej śmiesznej historii. Gdy więc brat posłyszał o tem teraz i to od dalszych znajomych, mocno się zdziwił i zażądał wiedzieć, skąd o tem słyszano; powiedziano mu, że od przyjaciółki mojej, która niedawno w licznem towarzystwie opowiadała ten wypadek. Powtórzono też jej uwagi o mnie złośliwe, a niekorzystne dla niej samej, bo dowodziły niechęci dla przyjaciółki z lat dziecinnych; kuzynka objawiała o mnie zdanie jako znająca mnie lepiej niżeli ktokolwiek inny; mówiła, że pogląd mój na świat i życie jest skutkiem egzaltacji, a moja oziębłość i obojętność na oddawane mi pochwały dowodem zarozumienia o sobie; — że, pomimo pozornej obojętności, bardzo mi pochlebiają oznaki uwielbienia, a na dowód przytoczyła historię o pojedynku, dodając, iż opowiedziałam ją jej przy pierwszym widzeniu się po powrocie z zagranicy. Darowałabym jeszcze zdanie o moim charakterze, ale oburzyło mię kłamstwo, jakiego użyła na poparcie swego zdania; prawda, że opowiedziałam jej ów wypadek przy pierwszym widzeniu się, ale uczyniłam to, odpowiadając na jej pierwsze zapytanie, gdy odosabniając się ze mną, zażądała wiedzieć, co mi się zagranicą najciekawszego wydarzyło: „Iluż tam baronów kruszyło lance z twojej przyczyny?” zagadnęła wówczas. Ja, chociaż bardzo zadziwiona, że kuzynka coś podobnego zdawała się uważać za rzecz najciekawszą w podróży, opowiedziałam jej ze śmiechem ową historię pojedynku; — zabawiło mię, iż mogłam w ten sposób odpowiedzieć na jej zapytanie, bo nie tylko pojedynek miał mieć miejsce, ale wyzwanie poszło od barona. Gdyby nie zapytanie kuzynki, niezawodnie anibym była pamiętała opowiedzieć jej kiedykolwiek to wydarzenie — a gdyby nie brzydkie z jej strony nadużycie zaufania mojego, nie byłabym jej może nigdy poznała do ostatka; teraz zrozumiałam, że w postępowaniu jej względem mnie była pobudka ukryta, że sama różnica wyobrażeń nie mogła sprowadzać u niej prócz oziębienia dla mnie tej złośliwości i niechęci, jakich dowody byłam zauważyła od powrotu z zagranicy; przypomniałam sobie teraz niejedno jej słowo niby z niechcenia rzucone, uwagi niektórych osób o mnie, powtarzane mi przez nią. Były to uwagi pochlebne; często dowodziły, że miano mnie za wyjątkową dziewczynę; — ale w tonie kuzynki, gdy mi powtarzała te zdania, była jakaś gorycz, jakiś przymus, które mnie zawsze uderzały, chociaż wytłomaczyć tego nie umiałam. Zauważałam też była, że gdy mi podobne rzeczy mówiła, poglądała na mnie dziwnie, badawczo; to mnie zastanawiało, ale nie mieszało wcale; — teraz zdanie jej o mnie głośno wypowiedziane objaśniło mię ze wszystkim. Ona badała mnie w owych rozmowach, nie dowierzała mojej szczerości, bo nie chciała przyznać mi duszy szlachetnej; — tak zrozumiałam na koniec jej całe ze mną od roku postępowanie. Utwierdzona zostałam w tym przekonaniu przez dalsze postępowanie kuzynki; od zamęścia swego objawiała ona przy lada sposobności niekorzystne o mnie zdanie, złośliwie tłomaczyła moje wyobrażenia i drżenia; tak, że dalsze nawet osoby, które słyszały o dawnej przyjaźni naszej, spostrzegły z zadziwieniem tę nagłą zmianę. Przypisywano ją jakimś familijnym nieporozumieniom; gdy mnie w tym przedmiocie badano, zbywałam krótko, mówiąc, że nie mogę mieć za złe kuzynce oddania się nowym, a ważnym obowiązkom; — że te nadto ją zajmują, aby myśleć mogła o stosunkach w dzieciństwie zawartych. Po takich i tym podobnych moich odpowiedziach zaprzestano dalszych badań, a umiarkowanie moje w sądzeniu dawnej przyjaciółki, jakkolwiek z mej strony niewyrachowane, wypadło na jej niekorzyść. Nadto się może rozpisałam o tym pierwszym dla serca mego zawodzie; ale właśnie dlatego, że to był najpierwszy zawód, uczułam go tak silnie, że dotąd o o tem mówić nie mogę obojętnie. To doświadczenie zmienności uczuć i udawanie dla lichych osobistych wyrachowań, wielkie też u mnie a bolesne zostawiło ślady w myśli i sercu; — nauczyłam się wątpić o prawdzie uczucia wszelkiego. Odtąd powiedziałam sobie, że gdy przyjaźń z lat dziecinnych nie tylko oziębić się może, ale w niechęć zamienić, to jakże wierzyć uczuciom ludzi nowo poznanych, przypadkowo spotykanych w świecie. Zamknęłam się więc sama w sobie; chciałam sobie wystarczyć, ale trudno to było; doznawałam czczości w sercu, a nie miałam czym zaspokoić tego pragnienia; wtedy pomyślałam też o miłości, o zamęściu, lecz ta myśl powstała i znikła prawie tej samej chwili, a to z dwóch przyczyn. Naprzód miałam ja, odkąd dzieckiem być przestałam, jakiś niewytłomaczony i nieprzezwyciężony wstręt do mężczyzn; ich obejście z młodemi jak ja dziewczętami, wydawało mi się to śmieszne, to ubliżające na przemian; same ich spojrzenia wywoływały u mnie jakąś do nich odrazę; — więc zaledwie przesunęła mi się przez głowę myśl o zamęściu, odepchnęłam ją, wzdrygając się z obrzydzeniem jakimś. A jednak parę lat przedtem byłam znała i ceniła pana C. — ale on zdał mi się wyjątkiem; w ciągu znajomości naszej zaledwie parę razy pomyślałam, że to mężczyzna i rychło o tym zapomniałam; otóż i to wspomnienie Pawła przeważnie wpłynęło na wstręt mój do zamęścia. Gdy tak czując sieroctwo serca, poznałam, iż mi trudno, że nawet niepodobna znaleźć szczęście na ziemi, zaczęłam przemyślać i szukać jakiegoś dla siebie celu życia; cel ten obrałam w sztuce. Byłam ja w Dreźnie znacznie postąpiła w malarstwie; drugi mój tamtejszy profesor, jeden z lepszych malarzy szkoły dusseldorfskiej, znalazł wiele u mnie talentu, mianowicie co do kolorytu i sposobu malowania; upatrywał w moich robotach rodzaj malowania odrębny jakiś, własny. Mówił mi o tym często, zachęcał mamę, by ze mną dłużej zagranicą została, bym więcej postąpić mogła; gdy jednak mama ku temu się nie skłaniała, profesor mój starał się rozbudzić u mnie wyższe zamiłowanie do sztuki i zachęcał, bym się malarstwu jako artystka oddała. Ale ja natenczas nadto jeszcze byłam dziecinna i nie rozumiałam, co to być artystką; nie pojmowałam też, co znaczył ten mój odrębny sposób malowania, który zachować zalecał mi nieustannie mój profesor. Gdym mu otwarcie powiedziała, że nie rozumiem, w czym malowanie moje od innych się ma różnić, odpowiedział, iż ja to później osądzić potrafię, a tymczasem zaleca mi, przykazuje za powrotem do kraju pracować dalej nad malarstwem samej, bez profesora, bo on nie słyszał i wątpi, ażeby w Warszawie byli dobrzy malarze, a mierni artyści nie tylko nic by nie nauczyli, ale pewnie zatarliby cechę odrębną mego malowania, narzucając mi sposób malowania pospolity. To dowodzenie mego profesora trafiło mi do przekonania; postanowiłam więc usłuchać go; po powrocie do Warszawy zeszło kilka miesięcy, zanim wzięłam się do malowania; naprzód radość z powrotu do kraju, potem doznane smutki przeszkodziły mi. Dopiero po zerwaniu z przyjaciółką, gdy, jak już powiedziałam, uczułam się samotną i zapragnęłam silnego jakiegoś zajęcia, wtedy dopiero wróciłam do malowania, wtedy szczerze postanowiłam się oddać sztuce; ale jakież miałam środki pomocnicze, będąc zupełnie początkującą w malowaniu? Nauczyciela brać nie chciałam, pomnąc na przestrogę drezdeńskiego profesora; ten był mi jeszcze zalecił szukać wzorów w naturze jedynie; był on ze mną tę metodę przyjął od początku dawania mi lekcji; jedną tylko głowę kazawszy mi skopiować (a przy pierwszym moim nauczycielu byłam skopiowała trzy głowy) następnie dał mi malować głowy z natury; zrobiłam przy nim pięć portretów, to jest głów naturalnej wielkości; — oto cały ówczesny mój kurs malarstwa, po którym miałam dalej pracować o własnych siłach; było to za wcześnie, zwłaszcza w kraju, gdzie żadnego w ogóle pojęcia o sztuce nie ma, żadnych by najmniejszych zbiorów otwartych dla użytku kształcących się w sztuce. Zrazu nie uczułam tej trudności, wzięłam się odważnie do pracy; ale wkrótce opadły mi ręce; samo oświecanie modelów moich (a brałam je pomiędzy znajomymi moimi) wprawiało mię w wielki kłopot; wymalowawszy kilka głów, dostrzegłam sama jakąś jednostajność w pozycjach i sposobie oświecenia tych głów, a gdy chciałam większe robić portrety, nie potrafiłam wcale poradzić sobie z wyborem ubiorów, tak co do kolorów jak i układu draperii. W tym czasie doznałam nowego wstrząśnienia moralnego; była to klęska ogólna dla narodu polskiego — rzeź galicyjska; uczułam głęboko to niewytłomaczone wówczas dla mnie nieszczęście; ale więcej jeszcze ucierpiałam, gdy następnie u nas w Warszawie dwoje młodych ludzi zostali skazani na śmierć i haniebnie powieszeni42. Nie znałam ich, ale ogólnie twierdzono, że ci dwaj młodzieńcy do żadnego spisku nie należeli, tylko że podczas ruchu krakowskiego byli gdzieś blisko granicy, porwano ich spośród rodzin, gdzie wakacje przepędzali, i niebawem skazano i powieszono na postrach innym. Ani opisać potrafię okropnego uczucia, jakiego doznałam w dniu tego nowego męczeństwa ludu polskiego, bo w osobach dwóch niewinnych młodzieńców męczono duszę narodu; — pamiętam i dotąd czuję ból, jaki mię przejął na odgłos bębnów ogłaszających godzinę egzekucji; chciałabym była schować się pod ziemię, by nie słyszeć — uciec gdzieś na koniec świata, aby nie oddychać tym samym, co kaci nasi powietrzem; — była to chwila, w której pewnie bliska byłam wariacji. Po tym strasznym bolu zostałam jakiś czas jakby odrętwiała; wszystko mi było obojętnem, zaniedbałam muzykę, malarstwo, a śpiew odtąd na zawsze porzuciłam, bo dźwięk głosu mego sprawiał mi jakieś nieopisane cierpienie tak dalece, że łzy mi wyciskał. Tutaj zaczęła się nowa w umyśle moim walka; znów obudziło się, i z większą jak kiedykolwiek mocą, dawniejsze moje zwątpienie i pogarda życia; gdzież jest sprawiedliwość odwieczna tak głoszona, gdzie ten Bóg wszechmocny i dobry, kiedy pozwala, by takie zbrodnie dopełniały się pośród stworzeń jego? Tak zapytywałam samej siebie i coraz dalej zagłębiałam się w odmęt zwątpienia; stan taki trwał u mnie rok przeszło; cierpienie duszy w tak młodym wieku mogło podziałać i działało na organizm; ale dzięki siłom młodości nie zapadłam na zdrowiu, tylko wynędzniałam, pobladłam, a dodawszy do tego humor nie już smutny, ale ponury, wywołałam różne różnych o sobie wnioski. Ogólnie zgodzono się, że Zosia jest zakochana; mówiono mi to nawet w oczy, badawczo na mnie poglądając; ja ani zważałam na to, ani odpowiadałam. Ja miałam się kochać wtedy! — gdy w sercu czułam zimno ostrego żelaza, gdy gorzkie uczucia przepełniały serce! O, nigdy więcej, nigdy równie daleką nie byłam miłości! nie tylko jej nie pragnęłam, ale gardziłam nią jako dowodem niedołęstwa ludzkiego, jak gardziłam wszystkim, co inni szczęściem zwali, bo się brzydziłam życiem, istnieniem bez sprawiedliwości, bez celu; tak wtedy uważałam życie ludzkie. W tym czasie otworzono w Warszawie wystawę sztuk pięknych; była to pierwsza wystawa, jaką ja w kraju widziałam. Pomimo przygnębienia umysłowego, w jakiem wtenczas byłam, doznałam błogiego jakiegoś uczucia, pewnego wzruszenia na widok zebranych dzieł artystów polskich. Było tam kilka obrazów, których przedmioty narodowe szczególniej mię poruszyły; obudziła się u mnie nowa myśl w połączeniu z rozbudzoną na nowo miłością dla sztuki; pomyślałam, że można by służyć ojczyźnie na polu sztuki, być artystą narodowym; w tej chwili zdało mi się, że znalazłam cel życia dla siebie i uczułam pragnienie oddania się na nowo pracy przerwanej. Między obrazami tej wystawy najwięcej uderzyły mię roboty Hadziewicza i Lessera; porównałam je w myśli z robotami mojego drezdeńskiego profesora i o ile zapamiętać mogłam, zdało mi się, iż rodzaj malowania dwóch wyżej wspomnianych artystów zbliżał się bardzo do rodzaju malowania p. Erhardt; nagle więc postanowiłam brać lekcje u jednego z owych dwóch malarzy. Droga matka zgodziła się na to najchętniej; udałyśmy się naprzód do Hadziewicza, a gdy ten dla braku czasu nie mógł podjąć się dawania mi lekcji, poszłyśmy do Lessera. Lesser, zobaczywszy moje roboty, bardzo chętnie dawać mi lekcje zaczął. Po dwóch miesiącach nauki pod jego kierunkiem zauważałam sama jakąś zmianę w moim sposobie malowania, ale nie potrafiłam osądzić, czy zmiana ta była na korzyść moją czy przeciwnie. Wspomniałam wtedy na przestrogę p. Erhardt i byłabym chciała zapytać jakiego dobrego artysty o zdanie co do teraźniejszego malowania mego; po paru jeszcze miesiącach nauki przy Lesserze zdarzyło się, iż jedną z robót moich zobaczył malarz Suchodolski u kogoś ze znajomych naszych; byłam ja zrobiła portret ich córki tak jak kilka już innych znajomych portrety wymalowałam, a następnie im darowywałam, ażeby tym sposobem zyskać modele dla nauki. Suchodolski znalazł talent w mojej robocie i gdy mu zaproponowano, by przyszedł do nas zobaczyć inne moje roboty, niezadługo odwiedził nas. Nic on nie wiedział, czy i od kogo obecnie lekcje brałam, tylko mu powiedziano, że byłam się zagranicą malować uczyła. Za pierwszym rzutem oka na kilka portretów mojej roboty, pan S. zastanowił się nad paroma robionymi dawniej, to jest przed rozpoczęciem lekcji moich od Lessera; objawił mi pan S. zadziwienie nad tak odmiennymi dwoma rodzajami malowania u mnie i zalecił, bym się raz na zawsze trzymała pierwszego mego sposobu malowania. Przekonałam się teraz, że mój drezdeński profesor dobrze mi radził i postanowiłam zaprzestać brania lekcji u Lessera; wkrótce też to uczyniłam. Następnie odwiedził nas jeszcze jeden artysta malarz, który niedawno był z Włoch powrócił; ten powtórzył zupełnie zdanie Suchodolskiego o moich robotach, oddając im wiele pochwał, a zakończył propozycją, bym od niego rad zasięgać chciała, gdy jakąkolwiek nową rozpoczynać będę robotę; ale ja zrażona niedawnym doświadczeniem, nie skorzystałam z tego przyjaznego oświadczenia. Tak więc zaledwie popróbowałam szukać pomocy w kształceniu się, musiałam dobrowolnie wrócić na trudniejszą drogę, pracować dalej o własnych tylko siłach. I znów na chwilę odeszła mię odwaga; zdało mi się, że daremne będą moje usiłowania — że nigdy nie dojdę do malowania obrazów treści narodowo-symbolicznej, bo tak sobie marzyłam o przyszłości mojej artystycznej od chwili, gdy w tym zawodzie służyć postanowiłam sprawie narodowej. To moje powtórne zniechęcenie zwalczone tym razem zostało wpływem zewnętrznym. Przez zaznajomienie się moje z trzema artystami pierwszego rzędu w Warszawie, a po części też przez roboty moje tu i owdzie widziane, zaczęto po Warszawie mówić cokolwiek o moim talencie; zdarzyło się nawet, że zgłaszano się do nas, by żądać malowania portretów. Te okoliczności stały mi się bodźcem do wytrwania w przedsięwzięciu; jednak dodać muszę, że bynajmniej stąd we mnie pycha nie powstała; owszem uczułam odtąd jakby pewną odpowiedzialność na mnie ciążącą. Zrozumiałam, że poczynając dla ogółu, muszę zyskać uznanie u ogółu, a czułam też, jak mało umiałam jeszcze i jak mi trudno będzie postępować dalej. Roboty żadnej nie podjęłam się; mama nie wiedziała nic o moim postanowieniu oddania się sztuce; a że położenie nasze majątkowe, po kilku spadkach odebranych, zapewniało nam utrzymanie bardzo przyzwoite, nie myślała mama o żadnym dla córek swoich zawodzie; nie chciała więc, bym z talentu mego inaczej jak dla własnego wykształcenia korzystała. Co do mnie, wyznać muszę, iż pomimo dążeń moich artystycznych ani pomyślałam, by kiedykolwiek sprzedawać moje obrazy; przeciwnie, wstręt miałam do tego; zdało mi się to poniżeniem sztuki i czucia artysty, by za pracę z tak świętego idącą źródła, odbierać zapłatę, i mimowolnie utworzyłam sobie jakieś odrębne stanowisko w świecie. Odtąd z usilnością pracować zaczęłam. Chcąc od portretów przejść do malowania całych postaci, poznałam, że prócz głowy nie potrafię wcale rysować. Wystarałam się o parę gipsów rąk i nóg; jeden ze znajomych mi artystów, zobaczywszy te moje studia, powiedział mi, że to niedostateczne, że on mi pożyczy niektóre studia swoje z natury robione dla kopiowania; były to anatomie i rysunki nagich postaci. Pierwsze kopiowałam, ale drugie odłożyłam na bok, nie mogąc przemóc jakiegoś uczucia wstydu, zwłaszcza gdy pomyślałam, że ten, który mi pożyczył owe rysunki, zechce widzieć moje kopie; więc niebawem zwróciłam mu jego studia. W ten sposób pracowałam kilka miesięcy, malując dalej portrety coraz większe, to na przemian rysując z gipsu. Zaczęłam widoczne robić postępy; zauważyłam to szczególniej, czując, iż większej nabierałam śmiałości w sposobie malowania. Już cieszyłam się tymi skutkami usilności mojej, już zaczęłam godzić się z życiem, gdy nowy a okropny cios zagroził mi. Nieoceniona matka moja zaczęła chorować. Zrazu zdawało się, że to mało znacząca słabość — przynajmniej mama okazywała spokojność; ta niezrównana matka chciała, póki mogła, dzieciom swoim oszczędzić niepokoju; ale gdy cierpienia wracały coraz częściej i coraz dłużej trwały, musiała rozpoczęć kurację. Wkrótce potem położyła się do łóżka, by z niego więcej nie wstać. Choroba drogiej matki mojej trwała rok przeszło. Ten przeciąg czasu najokropniejszą dotąd dla mnie w życiu jest epoką; patrząc na cierpienia matki (chociaż znosiła je z cierpliwością męczennicy), widząc ją niknącą w oczach moich, gdy nie mogłam ulgi jej przynieść, zaznałam, co to rozpacz; były chwile, że złorzeczyłam Temu, co stworzył świat i mnie dał życie; na nowo i więcej niżeli przedtem wzgardziłam wszelkim objawem życia, czynu. Biedna, niezrównana matka moja pomimo swoich cierpień baczne miała oko na wszystko, co się jej dzieci dotyczyło; zwłaszcza też na mnie uwagę zwracała, znała już usposobienie moje umysłowe. Raz, w jednej z rzadkich chwil ulgi, zawołała mnie do siebie i zaczęła badać mnie, mówiąc, że znów dostrzega nową we mnie zmianę; że uważa, iż zaniedbuję zwykłe moje zatrudnienie; nawet malarstwo zdaje się już mnie nie zajmować. Na to ja niebacznie odpowiedziałam z goryczą, jaka wtedy moją duszę przepełniała: „i na cóż to wszystko się przyda — rzekłam — wszystko na świecie jest komedią”. Wtedy biedna matka w jakimś gorączkowym uniesieniu za tę odpowiedź uderzyła mnie. „O, mamo, — wykrzyknęłam — i ty się ze mną tak obchodzisz, a mnie już życie niemiłe”. I wyszłam z jej pokoju; po krótkiej chwili nieszczęsna matka zwlokła się z łóżka, przyszła do mnie, gdzie malowałam jedynie ze zwyczaju. Tutaj miałyśmy rozmowę długą a bolesną; matka droga zrazu starała się przelać we mnie jakąś nadzieję szczęścia w przyszłości — szczęścia! — gdy czuła dobrze, iż mię niezadługo sierotą zostawi! — gdy jednak dostrzegła, że ułudne obrazy żadnego na mnie wrażenia nie robią, zmieniła mowę; zaczęła mi przekładać, ostrzegać mię, na jak niebezpiecznej drodze znajduję się, że takie usposobienie może mię do wariacji doprowadzić; a w końcu ze łzami żądała ode mnie obietnicy, że pracować będę nad sobą, walczyć z tym zniechęceniem do życia. Żądała tego jako dowodu miłości mojej dla niej; radziła mi szukać rozerwania myśli w ciągłem zajęciu; ja również łzami oblana, ściskając tę drogą matkę, przyrzekłam jej usłuchać, a głównie rozrywać się i zagłuszać pracując usilnie nad malowaniem. Powiedziałam jej też wtedy o moim zamiarze oddania się całkiem sztuce i że nie mogąc tutaj dostatecznie się wykształcić, chciałabym pojechać zagranicę. „I ty byś sama pojechała, moje dziecię?” zapytała mama z wyrazem cierpienia. — „O, nie, zawołałam, ja z tobą, mamo, pojadę”. Na to uśmiechnęła się boleśnie i odrzekła; „Tymczasem pracuj, moja Zosiu, i pamiętaj o danem mi dzisiaj przyrzeczeniu, pamiętaj o niem na zawsze”. Była to pierwsza i ostatnia tego rodzaju rozmowa moja z matką, lecz zostawiła głębokie ślady w duszy mojej i stała mi się w przyszłości tarczą przeciw nieszczęśliwemu memu usposobieniu ducha. Odtąd pracować na nowo zaczęłam, a przed mamą starałam się okazywać spokojność i swobodę; jakie wówczas było moje usposobienie, najlepiej wykażę przepisując tutaj wyjątek z owego dawniejszego mego dziennika; niszcząc go, zostawiłam tylko te kilka kartek przez cześć dla imienia matki, które tam głównie wspominam. Oto to naówczas pisałam:

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Warszawa, 6 października 1847

I znów zajrzałam do moich szpargałów — znów odczytałam ten zbiór myśli moich i chcę im na nowo dać bieg wolny; ale nie wrócę się już do przeszłości; jeżeli miłe przedstawi mi wspomnienia, jakżeby sprzeczne były z teraźniejszością! — jeżeli zaś przykre, na cóż je wywoływać, a tym samym dodawać nowe smutki do tylu doznawanych.

Skąd mi się wzięło teraz, po długiej przerwie, wrócić do tego pisania? Nie wiem sama, co mię do tego skłoniło... otóż — samotność! tak jest, luba, nieoceniona samotność, gdyż mię czyni swobodną. Dopiero tutaj, mając oddzielny, własny kątek, mogę myśleć i zajmować się, jak chcę i kiedy chcę; nie ścigają mnie już tutaj badawcze, chociaż życzliwe spojrzenia. Jakże mi na teraz mało do szczęścia potrzeba... własny kątek, papier i pióro lub ołówek, ażebym na przemian to pisać, to studia moje rysować mogła. — Lecz cóż ja o szczęściu mówię! ja, co w nie nie wierzę! — jest to chyba wrodzone człowiekowi marzyć o szczęściu i mimowolnie mówić o niem jako o istniejącem na ziemi, chociaż nadto jawne, że tak nie jest; bo cóż człowiek przez szczęście rozumie? ja myślę, że każden rozsądny szczęściem ziemskiem nazywa to jakieś uczucie zadowolenia i spokojności, którego tak mało ludzi i to krótko doznaje. Ja więc mogłabym się teraz za szczęśliwą uważać, osiągnęłam cel upragniony, mogę pracować nad rozwijaniem mojej zdolności do malarstwa; rozpoczęłam niby życie artystowskie, co było jedynem mojem życzeniem; — ale czyż wraz z tem zadowoleniem osiągnęłam spokojność? O, jakże daleko od tego, kiedy mama chora, nawet nie wiedzieć, czy już wyszła z niebezpieczeństwa. Było to chyba, co ludzie nazywają przeczuciem, kiedy wracając z zagranicy, na wjeździe do Warszawy jakieś smutne uczucie mię ogarnęło i dopiero przy powitaniach z pierwszą z drogich mi osób we łzach się rozpłynęło. Bo w istocie, odkąd tutaj z powrotem jesteśmy, coraz to nowych doznajemy udręczeń; kiedyż się skończą nasze nieszczęścia... kiedyż ujrzymy mamę zdrową i spokojną... może to i wkrótce nastąpi — trzeba się przynajmniej łudzić tą nadzieją — a wtedy.........

Już nie mam matki... już straciłam, co miałam najdroższego na świecie; i cóż za przyszłość mogę sobie obiecywać... oto smutną bez celu pielgrzymkę.

Zawód artystowski, chociażby mi się powiódł, to któż podzieli ze mną to zadowolenie — kogóż mój los obejdzie?..... Nie, nikt równie szczerze jak ta droga matka nie ucieszy się moją radością i nie zasmuci moim smutkiem. Będę żyć tylko jej wspomnieniem, a chociaż tak nieprzejrzana dzieli nas zasłona, chcę wierzyć, że ona mię widzi, że jej duch opiekuńczy nade mną czuwa. Przyjmij, kochana, nieoceniona matko, to wylanie moich uczuć; ty widzisz, że jest szczere i że nie ma w dniu jednej chwili, ażebym w myśli nie błogosławiła twojej pamięci. Pókiś żyła, byłaś dla mnie matką, przyjaciółką, wszystkim, co na ziemi najdroższego mieć można; teraz jesteś moją Świętą — Bogiem moim; chcę tak żyć przez twoje wspomnienie, ażeby życie moje dziękczynną do Ciebie stanowiło modlitwę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .