Ton i dźwięk są w Godzinie cudów istotnie nowe — a uderzające jest potężnie wzmożone mistrzostwo słowa, zasuwające w cień pierwsze w Krakowie napisane rzeczy Stacha, np. przetworzenie Wigilii, które wszystkich właśnie wówczas swoim niepojętym i nieoczekiwanym mistrzostwem stylu oczarowało. Język Godziny jest jeszcze o wiele swobodniejszy, giętszy i zarazem potężniejszy.

W tekst jest wplecione owo cudowne zdanie — może najpiękniejsze, jakie Stach napisał — którego pochodzenie jest bardzo tajemnicze: Stach twierdzi, że ono jest pani, że je wziął z listu od pani, i tak jako cytat z podpisem „Dagny”, jest ono przytoczone w czeskim wydaniu Nad morzem. Ale pani Dagny, o ile mogę sobie przypomnieć, stanowczo przeczyła temu autorstwu. Zaraz potem następuje równie cudowny wariant na ten sam temat, który ja doprawdy zuchwałą ręką przewaliłem na niemieckie.

Posyłam pani przekład pierwszego artykułu, aby pani wiedziała o losach „Życia” i była spokojna — ton jest pełen nadziei i otuchy. „Życie” znalazło nowego szczęśliwego przyjaciela, tym razem w Ameryce. Wiersz Władysława Jarzębskiego z Waszyngtonu Promień jest bardzo, bardzo piękny — to jest poemat, który człowiek sobie natychmiast przyswaja, wchłania, asymiluje. Próbowałem go dla pani, jako jej przysięgły nadworny tłumacz, przetłumaczyć, ale będzie pani z tego miała, niestety, jedynie bardzo, bardzo dalekie pojęcie o jego piękności.

Sonet Brzozowskiego jest wspaniały: odwołuję i odszczekuję, jeśli go lekkomyślnie lekceważyłem, to jest artysta. Przekłady z Baudelaire’a są bardzo dobre, natomiast przekład z Verlaine’a uderzająco słaby.

Widziałem wczoraj popołudniu Stacha przez parę godzin u Szmida. Był bardzo szczęśliwy z numeru, który właśnie wyszedł, itd.

(Do listu dołącza Janikowski przekład wiersza Jarzębskiego i przekład słowa Od redakcji z dn. 5 lipca 1899 r.).

Przytoczony list Janikowskiego nie tylko świadczy, że W godzinie cudu należy w całej pełni do owego pierwszego okresu życia i twórczości Przybyszewskiego (czy było pierwotnie pisane po niemiecku czy po polsku, nie wiem); świadczy on zarazem, jak żywo Dagny interesowała się wszystkim, co tyczyło nie tylko twórczości męża, ale i każdego artykułu, wiersza. Każdy prawie numer trzeba jej było tłumaczyć à vista. Daje to nam zarazem miarę, jak ostrożnym trzeba być w przyjmowaniu wszelkiej enuncjacji Przybyszewskiego, gdzie chodzi o kobietę; jest on zawsze, do końca, owym uwodzicielem ze swoich powieści, którego zaklęcia trzeba brać ostrożnie. Ofiarować kobiecie utwór poczęty z innej — to dosyć w stylu Eryka Falka. Historia literatury jest też żeńskiego rodzaju, niech się ma na baczności.

Znalazłem słowa owego listu, których Dagny, przez zrozumiałą delikatność, się wypierała: użył ich Przybyszewski i po polsku, jako motto do Epipsychidiona drukowanego w „Życiu” (jeszcze przed jego przybyciem do Polski); ów Epipsychidion zaś — to jest pierwsza część poematu Nad morzem. Oto owo motto:

...bo się pod taką gwiazdą urodziłam, że ja jedyna mogę położyć koniec twej królewskiej potędze, — bom sama jak zbłąkana gwiazda, co się w żarze twego serca stopiła...

(Ustęp z listu).