Książę ciemności! Aby rozumieć Przybyszewskiego z owej epoki, trzeba sobie uprzytomnić atmosferę tragedii, w której żył, w której się pławił. Miał dwadzieścia parę lat, kiedy ginie gwałtowną śmiercią kobieta, którą porzucił dla innej, dla wielkiej miłości swego życia; Przybyszewski dostaje się do więzienia16, podejrzany o udział w tej śmierci. W kilka lat ginie tragicznie owa druga, a towarzyszą tej śmierci dwa samobójstwa. Te dwa zdarzenia spinają jak klamrą najpłodniejszy okres jego życia; a nie są to przypadki, to wykwit atmosfery, w której żyje, którą tworzy i niesie ze sobą. Bez tej ramy, w którą jest ujęta, niepodobna rozumieć jego twórczości.

Człowiek nieszczęśliwy? Och, tak! Przybyszewski był człowiekiem głęboko nieszczęśliwym. Nie przez warunki życia: nieszczęście tkwiło w nim organicznie. Ale było coś więcej. On tej atmosfery nieszczęścia, tego ocierania się niemal o zbrodnię, potrzebował. Zapewne mimo całego egotyzmu twórczości Przybyszewskiego nie można go utożsamiać wprost z jego bohaterami, a jednak, gdy czytam pewien ustęp z Homo sapiens, zawsze widzę jego samego w tej sytuacji. To ta scena — nie bez odpowiedników w jego życiu, tragicznych i komicznych na przemian — gdy Falk skrada się za Grodzkim, wiedząc, że ten idzie się zabić:

Szedł długo za Grodzkim, aż wreszcie spostrzegł go, jak znikł w parku. Falk osłabł tak, że musiał się oprzeć o ścianę, aby nie paść. Wszystko w nim było tak naprężone, że najdelikatniejszy szmer sprawiał mu ból. Słyszał w dali turkot dorożki, posłyszał jakiś śmiech... drżał coraz silniej, zęby mu szczękały. Teraz musi się to wreszcie stać. Zamknął oczy, teraz... teraz... Serce się ścisnęło. Dławił się.

(...) Może Grodzki chciał tylko sobie z niego zakpić. — Naturalnie, że się nie zabije! — powtarzał wściekły.

W tej chwili posłyszał wystrzał.

(Homo sapiens . — W Malströmie).

Tak, ten głęboko dobry człowiek był straszliwym niszczycielem. Musiał żyć tragedią, musiał mieć ją na co dzień i od święta, jak teatr. Bo szatan, jak wszystkie sztuki, tak wymyślił i teatr, i maski. Przybyszewski był wielkim histrionem. Wciąż grał sobie jakąś komedię — tragedię — dell’arte. Obok smutku, czaiła się w nim nieuleczalna nuda — lęk — nieustanny głód podrażnień.

Czegóż on się nie chwytał, aby oszukać tę nudę, aby zakrzyczeć tę rozpacz, ten niepokój! Czynność, jaką rozwija Przybyszewski w pierwszym okresie swego działania, jest niesamowitą. Redaguje „Gazetę Robotniczą” i tuż potem „Metaphysische Rundschau”. Podrabia słynny List księdza Ściegiennego i pomaga — jego własne zeznanie — Strindbergowi przerabiać ołów na złoto (!). Sparza muzykę z filozofią, Chopina z Nietzschem — czegóż zresztą nie sparza z sobą: gotyk z fizjologią rdzenia pacierzowego, diabologię z malarstwem i rzeźbą, wszystko to chłonie, przetwarza, stapia w indywidualną religię... I wciąż z tego arcy-logicznego chaosu wydzierają się te trzy rzeczy, z których jedna wystarcza, aby opętać człowieka: poezja, muzyka i frenetyczna miłość kobiety. Czy był człowiek, który by tak szalenie chłonął życie ducha jak ten dwudziestoparoletni Polak; który by zuchwalszą rękę ściągał ku niebu, tłukąc w nie, aby mu wydało wszystkie tajemnice i wszystkie dreszcze istnienia? Faust w ciszy swej pracowni zgłębiał pół wieku księgi, potem zaś, kiedy zawarł pakt z diabłem i rzucił się pić ze źródeł żywego życia, cisnął księgi w kąt; ale ten nasz młody Faust chciał wszystkiego naraz. Nie dziw, że strumieni alkoholu było trzeba, aby uśpić nerwy rozszalałe takim szarpaniem, że ten mózg chodził krawędziami obłędu.

Taki był, kiedy zjechał do Polski. I w tej swojej nieugaszonej męce Przybyszewski wypełnił jedną rolę. Obudził poczucie tragizmu życia, sztuki. O naszej przedromantycznej literaturze nie mówię, jej wszelki tragizm był obcy. Polem był w poezji tragizm cierpień narodowych, który „przeanielił” dusze naszych poetów. Ale ten książę ciemności był pierwszym, który pochylał się nad wszystkimi przepaściami życia, nad otchłanią nieszczęścia i zbrodni, nie jako pisarz, ale wręcz jako człowiek; który każde słowo płacił krwią swoją i — cudzą. I to jest arcyważne do zrozumienia wpływu Przybyszewskiego. Nie jego programy, nie jego „absoluty” i „nagie dusze” porywały; ale on sam, ten opar demonizmu, ten narkotyk, który sprzedawał. Mefistofeliczne było w nim wszystko. Rozmowa jego z młodym człowiekiem, który się doń zbliżał, zawsze mi przypominała ową scenę z Fausta, gdy Mefisto, przebrany w togę doktorską, udziela rad studencikowi. Robi wrażenie człowieka, który wszystko wie, wszystko przemyślał, wszystko zna. Miał mnóstwo wiadomości, którymi umiał genialnie operować; skąd je miał, licho wie? Bo nikt go nie widział, aby co czytał. Umiał chytrze prowadzić i przecinać dyskusje. Miał olśniewające paradoksy, wybuchy. Był mistrzem szyderstwa, umiał prowadzić sokratycznie dialog, wywieść rozmówcę na manowce i zostawić go na nich, parsknąwszy śmiechem. W utworach wyzuty z humoru, w życiu miał piekielne poczucie dowcipu. Szyderstwem wypalał wszystko jak żrącym kwasem; rozkładał martwe związki, ścigał wszystkie narowy myślowe, niepokoił jakimś bolesnym cynizmem, a zarazem wiązał, przykuwał do siebie sekretną magią słów. Alkohol wypity z nim miał tajemniczy smak: nie darmo wypisywaliśmy wówczas na flaszkach wiśniówki: „Eritis sicut Deus, scientes bonum et malum”.

Nasycało to jakąś żywiołową potrzebę, jakiś głód niedokarmiony nigdy w Polsce od czasów Rzepichy i Piasta. Przybyszewski dał pokarm niedosyconemu demonizmowi duszy. Był w kraju łagodnych Słowian ambasadorem Arymana; w kraju, który umiał przetłumaczyć renesans na treny po Urszulce, rewolucję francuską na Trzeci Maj, a samego Byrona na miłość ojczyzny. On Żywotowi człowieka poczciwego przeciwstawił żywot człowieka szalonego; kazaniom Skargi — chichot sabatu czarownic; różnym synom nieba spreparowanym dla młodzieży — synów ziemi opiłych rozpaczą i bluźnierstwem. A jego alkoholizm, pijaństwo oszalałego swym zuchwalstwem mózgu, czyż nie jest ekspiacją za kufy bezmyślnie wychlane przez starych polonusów? Noch eine Stunde, dann ist Nacht — trinkt bis die Seele überlauft — pijcie aż dusza wykipi — ileż razy powtarzało się za nim to motto ze wspaniałej Pieśni pijackiej Richarda Dehmla! A ta glossa: Am Anfang war das Geschlecht — „Na początku była chuć” — czyż nie jest zapłatą za wszystkie święte Kingi i Bolesławów Wstydliwych, z których utkana jest nasza historia? Potępiano jego „panseksualizm”; ale czy on nie jest późnym wyrównaniem konta za bezpłciowość tylu pokoleń? Jest w tym coś fatydycznego, że właśnie polskim ustom los kazał wypowiedzieć ów werset ewangelii płci. To coś niby starodawny obyczaj „odszczekania”: tak długo Polska zapierała się płci, aż wreszcie ten Polak w gorliwości swojej uczynił z niej alfę i omegę kosmosu. To szatan, mszcząc się, kazał za cały naród temu prostemu Kujawiakowi „odszczekać”.