Ale teraz, dla równowagi, jedna anegdota. Pewnej nocy w Monachium Przybysz wraca z kawiarni do domu. Naraz słyszy w oddali śpiew; poznaje polski język, swojacką melodię. To robotnik polski szedł ulicą i śpiewał sobie coś z kujawska. Przybyszewski dogania robotnika, wdaje się z nim w rozmowę, ściska go i w rozczuleniu daje mu swój zegarek i wszystkie pieniądze, jakie miał przy duszy, jakieś osiemdziesiąt marek.
Chętnie wierzę w to zdarzenie, bo widziałem w życiu Przybyszewskiego wiele podobnych. To bardzo pięknie. Ale niech mi kto powie, jak sprawić, aby człowiek z takim usposobieniem nie był w kłopotach? Musiałby chyba minister skarbu chodzić za nim i wkładać mu do kieszeni nowe zegarki i nowe banknoty.
Bo ten satanista miał serce miękkie jak wosk i czułe na biedę ludzką. Stróż czy robotnik mógł zeń wydobyć wszystko, na chorobę żony, na opłatę szkolną dla dziecka. Nie podzielić się, nie oddać, kiedy miał, było dla Przybyszewskiego niemożliwością. Pod tym względem miał zawsze ekonomię czysto ewangeliczną: brać od tego, co ma, dawać temu, co nie ma, i nie troszczyć się o jutro. To wszystko nie sprzyjało „wiązaniu końca z końcem”.
Dodajmy jeszcze — można o tym mówić szczerze, bo i on sam pisał o tym w swoich Wspomnieniach po prostu — jego nałóg, alkoholizm. O ile ten nałóg bardzo sprzyja miękkości serca, o tyle nie ułatwia gospodarki.
Było nawet coś więcej. Przybyszewski — przynajmniej taki, jakim go znałem za jego najbujniejszych czasów — wręcz nienawidził pieniędzy. Pisał gdzieś, że są „wrogie twórczości”. Tępił je też z obrzydzeniem, jak śmiertelnego wroga. Po pijanemu wtykał nieraz banknoty obcemu włóczędze na ulicy, rozdawał, rozrzucał, przehulał je do ostatniego i następnego rana znajdował się wobec pytania: skąd brać?
Zapewne w ostatnich swoich latach Przybyszewski chory, znękany, musiał być inny. Ale i tak nie wierzę w jego talenty gospodarcze. Nie jest więc może państwo tak winne, jakby się zdawało.
A społeczeństwo? Chcę mówić tylko o tym, na co patrzałem z bliska.
Kiedy Przybyszewski przybył pierwszy raz do kraju do Krakowa z Niemiec, gdzie, jak sam opowiadał, cierpiał ciężką nędzę, nie miał w kieszeni, można rzec, ani grosza. Przyjechał, sprowadził z drugiego końca Europy żonę z dwojgiem dzieci; znaleziono mu mieszkanko, miłe cztery pokoje w wybornym punkcie, na parterze, z werandą i z ogródkiem. Jeden entuzjasta mu je umeblował, drugi ofiarował fortepian, malarze pokryli ściany dziełami sztuki. Miał dwie służące. Codziennie paru łazików stanowiących dwór Przybyszewskiego żywiło się przy jego stole, codziennie w domu czy w kawiarni trunek płynął obficie. Lato spędził z rodziną w Zakopanem. Sądzę, że w pierwszym roku pobytu w Krakowie Przybyszewski wydał sumę równającą się co najmniej pensji dyrektora w poważnym banku. Z sumy tej zarobił nieborak maleńką cząstkę; nie było sposobu! Kto pokrył resztę? Kraków, ten najbiedniejszy na świecie, przysłowiowo goły Kraków. Rzucając przeto gromy, łatwo trafić gromem w płot. Nie było może przykładu takiej ofiarności „społeczeństwa” wobec artysty co wobec Przybyszewskiego. Święcie na to zasłużył, bo dawał sto razy więcej, niż brał, ale trzeba rzeczy postawić na właściwym miejscu. Gdyby móc uchwycić pozycję najnieuchwytniejszą pod słońcem, „obrót” Przybyszewskiego, okazałoby się, że przy całej jego biedzie przechodziły przez jego ręce znaczne sumy.
A oto jak. Mały przykład wśród mnóstwa. Jednym z pierwszych, którzy go w Krakowie powitali, był niejaki Zdzisław Gabryelski. Student filozofii niemieckich uniwersytetów, meloman, ekscentryk, trochę buffon, ale i entuzjasta, był on właścicielem pierwszorzędnego składu fortepianów. (Trudno, nawiasem mówiąc, wymarzyć bardziej niesamowitą i fantastyczną ramę dla „orgii”, niż ogromne sale, w których szczerzą słoniowe zęby szeregi czarnych fortepianów. Co tam za noce były w tym narożnym pałacu na rynku w Krzysztoforach!) Ów Gabryelski, mimo że uchodził za skąpego, bywał opatrznością cyganerii w drobnych kłopotach. Od dłuższego czasu toczyły się z nim pertraktacje o znaczniejszą kwotę niezbędną dla uzdrowienia schorzałych finansów „Stacha”. Ale Gabryelski, człowiek dość nieobliczalny, nerwowiec (skończył później samobójstwem) przedzierżgnął się nagle w zimnego handlowca. Tak znaczną sumę, powiadał (chodziło coś o sześćset koron), musi zaczerpnąć z kasy swego przedsiębiorstwa; może ją tedy dać jedynie na bardzo pewny weksel. Mimo iż podrażniony, Przybysz zgodził się na ten warunek. Co to był za weksel! Żyrowały go wszystkie łaziki krakowskie, cała cyganeria; było na nim ze dwadzieścia nazwisk. Stach wręczył weksel, zainkasował pieniądze, po czym zaczął się bawić z Gabryelskim jak kot z myszą, rozwijając całą złośliwość bohaterów własnych powieści. Zaczął go komplementować, że on, p. Zdzisław Gabryelski, ten wielki pan, ten subtelny człowiek, zrobił sobie doskonały żart z owym wekslem; bawi się tym, iż ktoś mógł pomyśleć, że on jest taka świnia, aby od przyjaciela żądać weksla, a teraz ten weksel pańskim gestem podrze, etc. W istocie doprowadził do tego, że Gabryelski, smagany szyderstwem, przypiekany ironią, mieniąc się na twarzy, wyjął weksel i podarł. Wtedy Przybysz, rozczulony, uściskał go i zaprosił całą kompanię do Turlińskiego. Kazał dać ze dwadzieścia flaszek szampana, zapłacił z góry (oczywiście z tych krwawo zdobytych pieniędzy), kazał wszystkie otworzyć, zerkając na bladego ze złości Gabryelskiego i bawiąc się sadystycznie jego męką.
Zaledwie kompania umoczyła usta w szampanie. Przybysz dał znak do „zmiany lokalu”, zostawiając pełne flaszki. Umyślnie; była to wyrafinowana zemsta za ów weksel. I wszyscy wyszli „do innego Żyda”, gdzie oczywiście dokonała się egzekucja na pozostałym kapitale. Tego już biedny Gabryelski nie mógł przenieść; skinął na najgorliwszego moczymordę i zostali we dwóch, wysuszając otwarte butelki do rana, iżby się całkiem nie zmarnowały. Rano znaleziono ich leżących jak trupy na podłodze, obok kilku jeszcze pełnych flaszek. A Przybysz, opowiadając o tym, zanosił się od śmiechu.