To jest ta transkrypcja, to przetworzenie — ot, przekład, i to lichy, a sygnowany nazwiskiem wielkiego pisarza niby utwór oryginalny. O, biedny czytelniku polski, jak ty masz być mądry, kiedy cię tak tumanią! Ale i w oryginalnych utworach Przybyszewskiego czegóż nieraz nie znajdziemy! Bo polski jego język to niby skrzydła: latał na nich nieraz wspaniale, ale chodzić nie nauczył się nigdy...
*
Rozważania te pozwolę sobie zacząć od wspomnienia.
Pierwszym utworem, który Przybyszewski spolszczył, był jego poemat prozą Wigilie. Kiedy skończył, zawołał nas kilku z wiernej jego gromadki, aby nam je przeczytać dla porównania, najpierw po niemiecku, potem po polsku. Przybyszewski przepięknie czytał swoje utwory po niemiecku; niezwykły czar miał ten język w jego ustach. „Um dein Haupt ein Kranz welker Blumen...” — ta niemczyzna stawała się dziwnie śpiewna, miękka. A kiedy powracało niby refren owo „O Sehnsucht du!”, miało to przejmującą wymowę, jakieś bezmierne skupienie męskiego bólu, nostalgię wieczności. Bo też to był ów fragment, po którego przeczytaniu Dehmel pisał w Berlinie do Przybyszewskiego kartką pneumatyczną: „Ten poemat uprawnia cię do zabiegów o wieczność!”.
Potem czytał to samo po polsku. Słuchaliśmy pamiętam, z pewnym zakłopotaniem: to już nie było to! To samo, a nie to samo... I kiedy doszedł do owego „Tęsknoto ty!”, miałem uczucie, że coś padło na płask. I nic dziwnego: od tylu lat, a zwłaszcza w owej epoce, wierszyki polskie tak były przekarmione ową tęsknotą, tęsknicą, we wszystkich przypadkach i odmianach, że słowo to, spospolitowane, nie wyrażało już nic... Po niemiecku miało ono jeszcze swoją dziewiczość, swój wstyd. I zdaje mi się, że wszyscy, ilu nas było, odnieśliśmy wrażenie zawodu, ale tego nie można było Stachowi powiedzieć; ciężko by go obraził i zmartwił, kto by szepnął, że jego język niemiecki piękniejszy jest od polskiego. A jednak!
Kiedy dziś, po latach, kontroluję to moje wrażenie, utwierdzam się w tym, że było ono słuszne i nawet umiałbym wskazać retrospektywnie jego przyczyny.
Porównajmy tekst zaraz pierwszego zdania:
„Um dein Haupt ein Kranz welker Blumen, wie ein Gurt erloschener Sterne...” i po polsku: „Wokół twej głowy wieniec zwiędłych kwiatów, gdyby korona czarnych słońc...”.
Co można by wyczytać w tych tekstach? „Um dein Haupt” jest wyrażeniem bardziej potocznym niż polskie „wokół”, które jest uroczystsze: potocznie by się tak nie powiedziało. Toż samo proste „wie” zmieniło się na rzadsze „gdyby”. „Gurt” (przepaska) awansowało na koronę; „gwiazdy” — na słońce... Nawet niemieckie „Kranz” może znaczyć po polsku wieniec, ale może znaczyć i skromniejszy wianek.
Ileż różnic w tych kilku słowach, i jak doniosłych, mimo że drobnych na pozór! Jak głęboko sięgają one w psychikę polskiego, a niemieckiego Przybyszewskiego. W polskim języku Przybyszewski od początku wchodzi niebacznie na koturn „poetyckiej prozy”. Język niemiecki jest dlań bardzo czułym narzędziem, z którego lekkim dotknięciem wygrywa przedziwne melodie; zaczynając pisać po polsku, od pierwszej chwili czuje potrzebę wzmocnienia, przyciskania pedału, krzyku słów.