Pojawiły się inne głosy, występujące przeciw „profanacji grobów” etc. Na niektóre z nich uważałem za potrzebne odpowiadać. I tak, na artykuł w „Słowie Polskim” umieściłem następującą replikę w „Wiadomościach literackich”:

W związku z artykułem moim Kłamstwo Przybyszewskiego pojawił się w dodatku literackim „Słowa Polskiego” felieton Prawda Boya, pisany zjadliwie, a niezupełnie orientujący się w tym, o co chodzi. Autor felietonu zarzuca mi bezcelowe wygrzebanie kwestii od dawna „zamkniętej i umarłej”. Otóż autor myli się: kwestia ta jest ciągle żywa, żyje na kartach wielu książek i enuncjacji Przybyszewskiego, które przecież są i będą czytane. Listy samego Przybyszewskiego (do Gabrieli Zapolskiej i do Antoniego Wysockiego), dostatecznie oświetlają nastrój, w jakim enuncjacje te były pisane. Z bolesną szczerością prostował je Przybyszewski o tyle, o ile odnosiło się to do listów prywatnych; czyż nie jest o wiele donioślejszą rzeczą — wręcz wobec pamięci samego pisarza — dopełnić tego sprostowania w zakresie jego oświadczeń publicznych, wyjaśniając zarazem ich pobudki? Na pozór razić może to, że porusza się — wbrew przyjętym zwyczajom — stosunki rodzinne tak rychło po jego śmierci; ależ tutaj zachodzi splot okoliczności zupełnie wyjątkowy! Te sprawy, wiadome zresztą wielu osobom stojącym bliżej, musiały być wyświetlone zaraz albo nie byłyby wyświetlone nigdy. Jest jeszcze jedna okoliczność: nikt z osób tego dramatu nie żyje, prócz — dzieci Przybyszewskiego, które mają prawo wiedzieć, czemu ich ojciec przez szereg lat dementował owo piękne epitafium zaadresowane do nich, a poświęcone pamięci ich matki. Przytoczony list p. Michała Siedleckiego dostatecznie objaśni może, jak odnoszą się do mego artykułu ludzie świadomi rzeczy, żywiący równie serdeczny kult dla Przybyszewskiego, jak dobrą pamięć o Dagny. Takich świadectw miałem wiele; toteż na wszystkie osobiste wycieczki, jakimi autor artykulik swój naszpikował, mogę jedynie wzruszyć ramionami. A jako ostatni dowód, jak zbyteczne jest branie w obronę przede mną wielkiego pisarza oraz mieszanie się z małymi dokuczliwościami w sprawy, których się nie zna, przytoczę jeszcze ten list Przybyszewskiego pisany do mnie w r. 1922, kiedy po jego apelu do wydawców przesłałem mu trochę książek dla gimnazjum gdańskiego:

25 kwietnia 1922

Niezmiernie mi drogi i sercu najbliższy Tadeuszu.

Ogromną radość sprawiłeś mi Twoim listem — pierwszym, jaki w ogóle od ciebie odebrałem. Nigdyśmy o tym nie mówili, co nas tak bardzo łączy, — a właśnie „to”, nigdy niewypowiedziane, w najgłębsze milczenie spowite, okazuje się silniejsze nad wszelkie węzły zwykłej przyjaźni, choćby nawet tak serdecznej, jaką żywię dla Jasia Kleczyńskiego.

Bardzo mi drogi ten Twój list, więcej niż „bardzo” — ale milczmy.

Za Twój piękny dar dla mojego gimnazjum — niech nikt prócz nas dwóch nawet nie przypuszcza, że ono jest moje — serdecznie Ci dziękuję.

Swoją drogą nie myślałem, gdym tworzył Złote runo, jak głęboko tkwi we mnie Ruszczyc — zdumiewające to intuicyjne spojrzenie w najciemniejsze zakamarki mej duszy, o których istnieniu wtedy nic jeszcze nie wiedziałem.

Ruszczyc budował szpitale — ja stworzyłem to gimnazjum, ale to drobnostka — teraz nie spocznę, póki nie stworzę Ons Huys — „Nasz Dom” tu w Gdańsku.

Stare serce Ruszczyca bardzo zmęczone, ale dość silne jeszcze, by na wspomnienie o Tobie zabić gorącą miłością.