Ale najbardziej poruszyła mnie wiadomość, że mieszka w Warszawie osoba, która znała ją; ową „genialną”, demoniczną, tajemniczą, perwersyjną Paulinę — Paulinę Zbyszewską. Osoba ta — podano mi jej nazwisko i adres — nazywa się dr Maria Sulicka, mieszka ul. Bednarska 2 i godzi się udzielić mi chwili rozmowy.
Idę na Bednarską 2, nad samą Wisłę. Uroczy, mało odwiedzany zakątek Warszawy: śliczny pałacyk z filarkami, w typowo warszawskim osiemnastowiecznym stylu. Wchodzę, wszystko tam niedzisiejsze, trąci przeszłością: dzwoni się do małej furtki, jakaś dziewczynka pertraktuje ze mną przez drzwi, ktoś mnie wpuszcza do ogródka otoczonego wysokim murem i w progu wita mnie z czarującą uprzejmością wesoła i rzeźwa staruszka, pani dr Maria Sulicka.
Oczywiście pierwsze moje pytanie jest, czy mam do czynienia z koleżanką. Ależ tak; pani Sulicka jest doktorem medycyny, i to paryskim; była w liczbie kilku pierwszych Polek, które puściły się zagranicę dla zdobycia nauki. Skończywszy uniwersytet, trzydzieści pięć lat praktykowała we Francji: dziesięć lat w Paryżu, potem na prowincji, niedaleko Reims; wojnę spędziła tuż za frontem. Po wojnie tęsknota ściągnęła ją do kraju, gdzie znów po trosze tęskni za Francją... Takie są niedogodności dubeltowej ojczyzny.
Sprowadzam rozmowę na właściwy cel wizyty. „Mój Boże — śmieje się pani Sulicka — niewiele mogę panu powiedzieć o pannie Zbyszewskiej, mimo że widywałam ją co dzień przez dwa lata. Byłam jej lektorką. A oto jak poznałam tę istotnie oryginalną osobę. Byłam z wizytą u znajomych; panna Zbyszewska, nie znając mnie, usłyszała z drugiego pokoju mój głos. Głos mój tak się jej spodobał, że oświadczyła, iż, czy chcę czy nie chcę, ona musi mnie mieć za lektorkę. No i zdobyła mnie. Była to wówczas niemłoda już osoba, miała lat ze 60, niezamężna, bardzo bogata, samodzielna, ekscentryczna, despotyczna, poróżniona z całą rodziną. W towarzystwie warszawskim mówiono o niej dość dziwnie i trochę na ucho: coś między George Sand a Messaliną... Ale miała opinię wybitnej inteligencji, znawstwa literatury i sztuki. Kpiła sobie zresztą z całego świata, zwłaszcza ze »swojej sfery«, którą gorszyła swymi ekscentrycznościami. Podróżowała mnóstwo; opowiadała mi, jak, jeszcze będąc młodą panną, z ojcem jechała własnymi końmi do Paryża, a bryka z tobołami szła za nimi. Miała swoje bardzo oryginalne powiedzenia. Np. raz, kiedy nie było pod ręką nic do czytania, kazała sobie czytać powieść z »Ateneum« czy z »Biblioteki Warszawskiej«; zwróciłam uwagę, że to jest dalszy ciąg, a nie ma numeru z początkiem. Panna Zbyszewska odparła: »A cóż to szkodzi, przecie jak pani poznaje człowieka, to też nie czyta go pani od początku, tylko od środka«. Paliła grube cygara; była też wielka smakoszka. Miała przywiązaną służącą Felisię; czasem zatrzymywała mnie na kolację i jadła razem ze mną, potem strofowała Felisię, że podaje to, czego jej lekarze zabraniają; ale dopiero wtedy, gdy już zjadła. Była wysoka, tęga, o delikatnych, pięknych rysach twarzy, umiała być bardzo miła. Przyjmowała dosyć dużo, i wybitne osoby; więcej kobiet niż mężczyzn. O Żmichowskiej nie wspomniała nigdy ani słowem, mimo że nieraz mówiła ze mną o literaturze i o swoich stosunkach literackich. W ogóle dopiero z pańskiego artykułu dowiedziałam się, że one się znały...”.
Słuchałem tego wszystkiego z dziwnym uczuciem. Jakże odległych czasów można sięgnąć za pośrednictwem jednego tylko pokolenia! Fruwamy samolotami, a mamy znajomych, których znajomi jeździli bryką do Paryża, wioząc ze sobą faskę z bigosem. Miałem uczucie, że znam tę Paulinę: wyobraziłem ją sobie coś niby ową pyszną ciotkę Leona Płoszowskiego z Bez Dogmatu, która też kryje może Bóg wie jakie tajemnice w fałdach swego zacnego panieństwa. Ileż my tracimy na tym, że jako dzieci nie umiemy spowiadać naszych ciotecznych babek... Jeden może Stanisław Wasylewski miał już w kolebce ten talent.
Do wytworzenia tego nastroju przeszłości przyczyniła się i rama, w jakiej się znalazłem. Ten dworek na Bednarskiej pod filarkami ma swoją historię, o której się tam na miejscu dowiaduję. Był za sejmu czteroletniego własnością kasztelana Jezierskiego; był wówczas prawie za miastem, a dawał schronienie bardzo wesołym i dyskretnym salonom, gdzie jeździła bawić się złota młodzież. Mieszkanki tego domku nazywano, od godności posesora, „kasztelankami”. Obecny właściciel kupił ten dworek na spekulację, chciał go zburzyć i wybudować wielkie czynszowe paskudztwo: naraz paf! zeszła się komisja archeologów, historyków, estetyków, uznała były zamtuz za monument publique (nomen-omen) i poddała go opiece konserwatorów. Nie wolno tknąć ani cegiełki. Restaurować, konserwować, owszem. I odrestaurowano pałacyk, i mają tam śliczne mieszkanko państwo P., u których mieszka panna Sulicka, i tam dowiaduję się tego wszystkiego, siedząc na staroświeckich mahoniach i zajadając pierniczki, bo — jakby dla dopełnienia stylu! — trafiłem przypadkowo na imieniny panny Sulickiej i biorę czynny udział w obchodzeniu jej święta.
W rozmowie przychodzi mi na myśl, że ta polska emancypantka i doktorka paryska musi być kopalnią przeróżnych życiowych wspomnień. Na chybił trafił rzucam pytanie: „Czy pani przypadkowo nie znała w Paryżu Zapolskiej?”. — „Jak to czy znałam! Oczywiście. Przecież to na mojej kochanej »Glasierze« rozgrywa się powieść z życia paryskiej kolonii Zaszumi las. Ja wtedy brałam czynny udział w robocie socjalistycznej; mam zaszczyt nawet figurować w tej powieści jako jedna z bohaterek. Doskonale znałam Zapolską, bardzo miła kobieta. Ale wówczas była bardzo nerwowa, miała dużo przykrości, kochała się w prześlicznym młodym chłopcu, Janku... jakże mu to było?... Aha, Lorentowicz, Janek Lorentowicz...”.
Na pomoc, ratujcie mnie, nie podołam wszystkiemu! Co tu się tematów otwiera: życie miłosne Zapolskiej, życie miłosne Jana Lorentowicza... Nie dam wszystkiemu rady, rezygnuję. Ale radzę badaczom literatury, niech się umizgną do panny Marii Sulickiej o godzinkę rozmowy...
Wilia Narcyzy w roku 1863
Wspomniałem, że matka moja była w długoletniej zażyłości z Narcyzą Żmichowską. Owo słynne „Miodogórze”, mieszkanie Żmichowskiej, gdzie skupiało się co było podówczas szlachetniejszego, gorętszego w Warszawie, to było trzecie pięterko w domu Grabowskich przy ulicy Miodowej; tam mieszkały również, na pierwszym piętrze, cztery panny Grabowskie, z których jedna, Wanda, później Władysławowa Żeleńska, była moją matką. Inne siostry były: Julia, później Tetmajerowa, matka Kazimierza Tetmajera; Maria Kwietniewska, żona matematyka, docenta Szkoły Głównej i Zofia, tłumaczka ulubionych angielskich powieści dla młodzieży. Stosunki sąsiedzkie stały się coraz bliższe; Żmichowska ze swoją potrzebą nauczania wykładała pannom różne przedmioty, z czasem z Wandą stosunek nauczycielki do uczennicy przeszedł w trwałą i dozgonną przyjaźń. Jako dokument tej przyjaźni pozostała bardzo obfita niewydana dotąd korespondencja, z którą się obecnie zapoznaję.