Bo, jeżeli sądzić o tym z jego listów, największe wrażenie musiała na Sobieskim zrobić przedawniona już wówczas, ale wciąż najsławniejsza, wciąż bardzo czytana — w Europie więcej może niż we Francji — Astrea, olbrzymi romans Honoré d’Urfé, w pięciu częściach, z których pierwsza ukazała się w r. 1610, druga w r. 1620, ostatnią zaś wydano z papierów autora; — umarł, nie ujrzawszy końca swego dzieła. Jest to sielanka pasterska, z akcją pomieszczoną w w. VII, ale podobno też z utajonym kluczem do epoki Henryka IV i intryg miłosnych jego dworu. Pasterz Celadon kocha pasterkę Astreę. Aby zapewnić tajemnicę swemu szczęściu, umawiają się, że on będzie udawał iż kocha inną pasterkę. Podstęp ten staje się źródłem ich nieszczęścia. Ktoś rzuca podejrzenie na wierność Celadona, Astrea odtrąca go, Celadon idzie rzucić się w rzekę. Astrea, poznawszy swój błąd, rzuca się również w rzekę, ale ją wyratowano. Z Celadona został tylko kapelusz na brzegu oraz list świadczący o jego śmierci. Tymczasem Celadona ratuje nimfa Galatea, która się zakochuje w pięknym pasterzu; szczęściem, Celadon uwalnia się od niej, ale nie śmie się zbliżyć do Astrei, która zabroniła mu zjawić się niewzywanemu przed jej obliczem. Celadon zapoznaje się z Sylwandrem, kochankiem Diany, przyjaciółki Astrei; za jego pośrednictwem przesyła ukochanej list, z którego ta poznaje jego niewinność. Szuka go tedy, odnajduje pod przybranym nazwiskiem, i po nieskończenie zawikłanych przygodach, kochankowie łączą się wreszcie.

Gdyby ktoś wątpił, czy w tym temacie znajdzie się treści na pięć tomów, po tysiąc kilkaset stronic każdy, zaświadczy o tym kilka pokoleń, które się karmiły tą powieścią. Wrażenie, jakie zrobiła na Sobieskim, musiało być głębokie, skoro przez kilkadziesiąt lat szpikuje swoje listy zaczerpniętymi z niej aluzjami, czyniąc się to Celadonem, to — rzadziej — Sylwandrem. I tak samo jak tryumfem Pawła i Wirginii jest to że Napoleon miał tę książkę pod poduszką w czasie kampanii włoskiej i czytając ją płakał, tak samo prawdziwą nieśmiertelność powinny by dać powieści d’Urfégo owe urocze listy kreślone do żony z obozu w Kamieńcu, gdzie nasz bohater pisze o sobie że „Celadon rad by się przemienił w płeszkę (pchełkę), nie żeby inkomodował71 tak jak ona Dobrodziejkę swoję, ale żeby się przynajmniej tykał tak ślicznego i delikatnego jej ciałeczka”, albo gdy z obozu w Podhajcach — w wilię bohaterskiego czynu — skarży się, pisząc do bawiącej w Paryżu Marysieńki, że „jedno to tylko miejsce du palais enchanté (dwór francuski) tak szczęśliwe, do którego z tak wielką spieszyłaś się Wć m. s. passyą; i wiem, że gdyby na jedną położono go szalę z miłością przeciw Celadonowi, wiem żeby nieboraka Celadona tysiącem i drugim przeważyła funtów”. Mdły styl romansu Urfégo, przefiltrowany przez naiwną a męską duszę bohatera, zrodził w Sobieskim jako amancie ową nieporównaną cierpliwość, rezygnację, wyrozumiałość, wielkoduszność, która nieraz czyni listy Sobieskiego czymś doprawdy bardzo wzruszającym.

Dla oceny stosunków pana chorążego z panią wojewodziną nie od rzeczy będzie może zaznaczyć, że imię Astrei przeszło do terminologii miłosnej dla oznaczenia kobiety uroczej i tkliwie kochanej, ale zarazem nieubłaganie surowej, „bardziej z zalotności niż z prawdziwej cnoty”. A Celadon służy na określenie potulnego kochanka, platonicznego wzdychacza. Taki też charakter ma i ten stosunek. Jak długo, zobaczymy.

Na razie korespondencja urywa się na jakiś czas, a przynajmniej nie mamy jej śladów. Czyżby zerwanie? Wprost przeciwnie, raczej zbliżenie. Po prostu listy są niepotrzebne, bo Sobieski, a zapewne i Marysieńka, są na dłuższy czas w Warszawie. Sobieski — jako poseł. Bo popularność jego rosła tymczasem; już w r. 1659, w przerwach między wojowaniem, posłował na sejm; kiedy zaś na wiosnę w r. 1661 niepłacone (jak zawsze) wojsko zawiązało konfederację, Sobieski jest jednym z dwunastu posłów, którzy mieli zanieść sejmowi zażalenia armii.

Otóż w dzień św. Jana r. 1661, w kościele oo. Karmelitów w Warszawie, zjawili się przed ołtarzem mężczyzna w sile wieku, wspaniałej postaci, oraz niezwykle piękna młoda kobieta. Zbliżyli się do ołtarza, zaprzysięgli sobie — czy też tylko on zaprzysiągł? — dozgonną wiarę i miłość, i na pamiątkę ślubowania zamienili pierścionki. Mężczyzną był Sobieski — był to właśnie dzień jego patrona — kobietą wojewodzina Zamoyska. Te „karmelitańskie śluby”, to nie plotka; to uroczysty fakt, na który nieraz Sobieski powoła się w swoich listach — w swoich „konfiturach”.

Bo znów trzeba będzie wrócić do konfitur. Na przekór ślubom, pan Zamoyski żył i jeszcze nie tak prędko miał rozstać się z tym światem.

Zatem banalne „ich troje”? Nie; raczej „ich czworo”. Bo jako czwarta wda się w to — polityka, ucieleśniona w osobie Marii Ludwiki. Nie wiedząc o tym, w kościele Karmelitów Sobieski zaprzysiągł wierność nie tylko Marysieńce, ale także królowej i jej planom.

VI. Vivente rege

W jednym z listów — jeszcze w r. 1660 — zapowiada pani Zamoyska Sobieskiemu jakieś szczególne historie. „Nie tylko szczególne ale i straszliwe” — pisze. — Obiecuje opowiedzieć mu je ustnie, za najbliższym widzeniem się; nie może tego zrobić listownie, bo „wmieszani są w to wszyscy i król i królowa”. I tak już powiedziała za wiele: niech nikomu ani o tym nie wspomina, ani jej o nic listownie nie pyta; ostrzega go, że otwierają wszystkie listy.

Tajemnica. Ale niemniej tajemniczo — choć bardziej prywatnie — brzmi nam list o miesiąc późniejszy, w którym pani Zamoyska prosi Sobieskiego, aby wraz z pisarzem koronnym, panem Sapiehą, użyczył jej pomocy w delikatnej sprawie: chodzi o skłonienie jej męża, Zamoyskiego, aby wypędził osoby, które ją obraziły. Zarazem chodzi o wstawiennictwo Sobieskiego i Sapiehy do hetmanów, aby starostwo darowane przez męża pani Zamoyskiej było zwolnione od świadczeń kwaterunkowych. I tu następują słowa: „Królowa powiada, że trzeba, aby pan pokazał w tej sprawie, czy pan jest moim przyjacielem”...