Uczestnicy obiadu u Magny, liczący od czwartego po szósty krzyżyk, są to ludzie częścią znajdujący się na szczycie najchlubniejszej kariery, częścią walczący z powodzeniem o swój udział w sławie. Schodzą się. Sainte-Beuve, wielki krytyk, liczący wówczas koło sześćdziesiątki, najwcześniej przybyły, grzeje nogi przy kominku: mały, krótki, z okrągłą wygoloną twarzą, w swojej czarnej mycce na łysej głowie. Ciężkim krokiem wchodzi ulubiony przez wszystkich Théo Gautier, niegdyś autor młodzieńczej i zuchwałej Panny de Maupin, dziś już po pięćdziesiątce, wielki, barczysty, brodaty, piękny; wygłasza z olimpijskim spokojem paradoksy, które później będą się tułały przez wiele dziesiątków lat po wszystkich literackich knajpach Europy. Wsuwa się, zacierając ręce księżym gestem, Renan, który świeżo wrócił ze swojej wyprawy na Wschód szlakami chrześcijaństwa, i któremu niebawem jego Życie Jezusa miało dać wielką i gorszącą cokolwiek sławę. Wchodzą kolejno: świetny eseista Saint Victor, żółciowy nieco burczymucha; Berthelot, trzydziestokilkuletni znakomity już uczony, mający się stać jednym z największych chemików świata; Gavarni, mały, żywy, o ruchliwej niespokojnej twarzy i oczach na przemian to bacznych i bystrych, to znów zgubionych gdzieś w zaświatach matematyki. Dalej Soulié44 (nie Frédéric, ale Eudore); dalej w binoklach, z poprawną miną „guwernera z wielkiego domu” lub profesora przerabiającego lekcje, Taine, który niebawem, na marginesie najpoważniejszych studiów, miał dać swoje Życie i myśli pana Tomasza Graindorge, drukowane w płochej La Vie Parisienne. Dalej Flaubert, spędzający po parę miesięcy w Paryżu, olbrzym z obwisłym płowym wąsem i wypukłymi oczami, którego debiut powieściopisarski (Pani Bovary, 1857) wysunął na czoło walk literackich, czyniąc go, bez jego woli, chorążym realizmu. Dalej Nefftzer, publicysta, założyciel dziennika Le Temps; Scherer, również głośny publicysta, polityki. krytyk, fanatyczny protestant; Baudry, ceniony malarz; doktór Robin, anatom, dla którego stworzono właśnie katedrę nowej nauki, histologii45; — drugi lekarz doktór Veyne; jeszcze kilku innych, bardziej przygodnych i zmieniających się gości, wreszcie E. i J. Goncourt, nierozłączni bracia (rozstali się w życiu tylko dwa razy, na dwadzieścia cztery godzin), melancholicy46), dość zgryźliwi, szanowani przez wszystkich, ale cierpiący od swojej niepopularności, tworzą tu skrajnie lewe skrzydło we wszystkich sporach natury estetycznej. Oczekiwany jest Turgieniew — ten większą część życia spędzi w Paryżu, przyjmowany serdecznie przez francuskich pisarzy, których potem w swoich znów niedyskrecjach „urządzi” dosyć zjadliwie. Sami mężczyźni... kobiety strzegły wówczas domowego ogniska.
Siadajmy tedy do stołu i starajmy się być inteligentni. Inaczej lepiej nie siadać. I nie gorszmy się lada czym.
Pierwszy obiad
Jeszcze się nie rozsiedli, a Sainte-Beuve już gada. Ten, ze swoją fenomenalną pamięcią i kopalnią anegdot, jest w swoim żywiole. Kogóż on nie znał, czegóż nie pamięta! Znał (powiada) w Boulogne starego bibliotekarza nazwiskiem Isnard, który byt niegdyś nauczycielem u oratorianów w Arras i miał za ucznia Robespierre’a47. Ów Isnard opowiadał mu, że jego wychowanek, będąc adwokatem z bardzo małą klientelą, ułożył poemat pt. Sztuka spluwania i wycierania nosa. Siostra Robespierre’a, obawiając się, aby brat nie stracił nielicznych klientów w razie ogłoszenia tego utworu, udała się do pana Isnard z prośbą, aby pomógł temu zapobiec. Isnard poprosił Robespierre’a o przeczytanie mu poematu i powiedział: „To bardzo, bardzo dobre, ale trzeba trochę retuszów”. Rewolucja zaskoczyła Robespierre’a wśród tych retuszów, i poemat nie ujrzał światła dziennego.
Z rewolucji Sainte-Beuve przechodzi na Micheleta. Twierdzi, że talent jego zasadza się jedynie na wyolbrzymianiu drobiazgów i na odwracaniu zdrowego sensu do góry nogami; że jego pracowita oryginalność zapożyczona jest z rozmów z Quinetem. Kiedy wszyscy protestują i kiedy Flaubert sławi dzieło wielkiego historyka, Sainte-Beuve wpada w istny szał, wali pięścią w stół — nie zważając na bóle w stawach — i wykrzykuje, że cała histeria książek Micheleta pochodzi stąd, że miał tylko jedną kobietę, i jest u niego zahamowaną pożądliwością, jak u księdza.
— Michelet — mówi ktoś — to historia opiumowana, narkotyczna, denerwująca...
GONCOURT: — Urok książek Micheleta, to że robią wrażenie rzeczy pisanych ręką. Nie mają nic banalności druku, są jakby autografem myśli...
Ale już Sainte-Beuve opuszcza Micheleta i szkicuje obraz tego, co musiała cierpieć Maria Antonina z Ludwikiem XVI, brutalem, chamem, który rzuca kamieniem na śpiącego wieśniaka, pryka w odpowiedzi jakiemuś dworakowi proszącemu go o szambelanię, i leżąc rano w łóżku, ciska na dygnitarzy dworu kuleczkami brudu z nóg... Na to Renan odzywa się swoim pieszczonym głosikiem, że nie trzeba być tak surowym dla „tych ludzi”.
— Królowie — powiada — nie wybierali przecież swojego rzemiosła... trzeba im darować ich mierność...
— Ba — mówi ktoś — trzeba też pamiętać o obyczajach epoki. Pewien starszy jegomość opowiadał mi, że za Ludwika XVI ciotkę jego mianowano damą dworu którejś z księżniczek. W dniu, w którym obejmowała obowiązki, dama, którą luzowała, spytała ją, czy już robiła toaletę: widząc jej zdziwienie, wyjaśniła jej znaczenie tego słowa. Każda dama, mająca służbę na dworze, brała przed objęciem obowiązków jedną, dwie, trzy lewatywy, tyle ile było trzeba, aby przez cały dzień nie mieć żadnej przeszkody w służbie...