GAUTIER: — Przepraszam, ja byłem jego serdecznym przyjacielem i nigdy nie miałem powodu skarżyć się na niego. Mówił źle tylko o tych, których nie cenił.
— Nic bardziej uroczego — powiada ktoś — niż francuski dowcip cudzoziemców, takiego księcia de Ligne, księdza Galiani, Heinego...
— A to powiedzenie Heinego — powiada Saint Victor: — „Pytamy się, co to są gwiazdy, co to jest Bóg, co to jest życie... Zasypują nam usta garścią gliny... ale czy to jest odpowiedź?...”
— Aber ist das eine Antwort53? To nie powiedzenie, to wiersz.
— Biedny Heine! Do śmierci zachował fason. Był już sparaliżowany, kiedy go odwiedził lekarz i, badając go, zapytał, czy potrafiłby gwizdnąć. Chory dał znak głową że nie: „Nawet na najlepszej sztuce Scribe’a54”, wyjąkał.
Potem Sainte-Beuve opowiada o Mussecie55. Veron prosił poetę o felieton dla swego pisma. Musset zażądał 4000 franków, twierdząc, że mu są koniecznie potrzebne. Veron wręczył mu je rano; wieczór idzie na obiad do Very’ego, widzi schody przybrane najpiękniejszymi kwiatami. Pyta, kto wydaje ucztę. Garson, z podejrzanie rozjaśnioną twarzą, powiada mu, że pan de Musset. Veron zagląda na górę, widzi cały burdel, któremu wielki poeta wyprawił ucztę za 4000 franków. Ale kiedy kobiety przyszły, Musset był już tak pijany, że usnął gdzieś w kącie...
— Wiecie, ile osób szło za trumną Musseta? Najwyżej czterdzieści. A za trumną Heinego sześć czy siedem.
Na drugim końcu stołu rozprawia Taine. Taine, ze swoim spojrzeniem kryjącym się za okularami, ze swą życzliwą uwagą, łatwym i obrazowym wysłowieniem, obfitą informacją, ma coś z owej dystynkcji56, jakiej nabywają guwernerowie w wielkich domach. Mówi o braku ruchu umysłowego na prowincji francuskiej, w porównaniu z licznymi związkami literackimi w hrabstwach angielskich i miastach niemieckich; mówi o przekrwieniu tego Paryża, który wszystko pochłania, wszystko skupia, wszystko fabrykuje; słowem, o przyszłości Francji, która w tych warunkach musi skończyć na udar mózgu... Na tę pochwałę Anglii, wygłoszoną przez Taine’a, Sainte-Beuve, powołując się na swoje urodzenie w Boulogne i na babkę Angielkę, zwierza się, że go mierzi być Francuzem:
— Ja wiem, co ktoś na to powie: że być paryżaninem, to nie znaczy być Francuzem, ale po prostu być paryżaninem; ale zawsze jest się Francuzem, to znaczy jest się niczym... Kraj, gdzie wszędzie natykasz się na policjanta...
— Tak, to straszna rzecz podróżować po Francji, będąc Francuzem. Białe mięso przy table d’hôte zawsze wędruje do Anglika. A czemu? Bo Anglik nie uważa garsona57 za człowieka, a wszelki służący gardzi tym, który go traktuje po ludzku.