— Doskonałych, zwłaszcza mimo woli. Ja na przykład znałem człowieka, który rzekł swojej kochance, kiedy zgubiła fałszywy ząb wartości dwustu franków: „Może by ogłosić?”.
— A ten właściciel ziemski, nasz sąsiad, który mówił do syna: „Jesteś bogaty, mów głośno!”
— A matka młodego Pouthier, która wyrzucała synowi, że niczym nie jest, nic nie robi, nic nie umie, a zakończyła słowami: „W twoim wieku byłam już matką!”.
— A ten jegomość, który chciał wydać córkę za mąż za człowieka, zdolnego, jak twierdził, dać jej szczęście i streścił jego zalety tym zdaniem: „Doskonale wytłumaczył mi barometr”.
— Przechadzaliśmy się nad morzem z pewną kobietą, naszą znajomą, wyrzucaliśmy jej kochanka, który jest jej niegodny. Odparła naiwnie: „Cóż chcecie abym robiła, kiedy się nudzę i kiedy deszcz pada?”
— Brown, wiecie, ten malarz koni, opowiadał mi ładną historię. Wezwał go Pointel, chrześcijański redaktor ilustrowanego pisma, aby zamówić u niego drzeworyt. Spytał go, co on robi. „No, konie. — Konie?!... bąknął redaktor. Zaczął chodzić nerwowo po gabinecie, po czym przystanął na wprost malarza: — Konie... Konie prowadzą do dziewczyn. Dziewczyna to śmierć rodziny. Nigdy nie będzie koni w moim tygodniku”...
GAUTIER: — Panowie, przyznaję palmę pierwszeństwa chrześcijańskiemu redaktorowi i zamykam posiedzenie.
Czwarty obiad
Rozmowa wszczyna się dokoła wydarzenia dnia. książki Renana150 Życie Jezusa. Rozlega się charakterystyczny głos Teofila Gautier, głos za wątły jak na jego ogromne ciało, słowa wlokące się wolno, jakby senne, ale harmonijne:
— Przyznam się, że dla mnie to jest trochę niewyraźne. Ten Bóg, który nie jest Bogiem... Ja bym to napisał inaczej. Pokazałbym Jezusa, syna cieśli i kupczyni perfum, urwisa który zmywa z domu i gwiżdże na matkę... otacza się chmarą obwiesiów, karawaniarzy, dziwek, spiskuje przeciw rządowi... w końcu krzyżują go czy kamienują i mają ze swego punktu widzenia rację. Ten Jezus to socjalista, pies na bogaczy, wściekły doktryner, burzyciel rodziny, własności... Topi świat w morzu krwi, wznieca prześladowania, inkwizycje, wojny religijne, grąży cywilizację w mrokach po jasnym świetle politeizmu, niweczy sztukę, niweczy myśl... tak że wieki, które przychodzą po nim, to jest szczere łajno, aż wreszcie parę rękopisów zawleczonych z Konstantynopola i kilka ułamków posągów, odnalezionych w renesansowej Italii, staną się dla ludzkości czymś niby jasny dzień odkryty — w ciemnej nocy...