GAUTIER: — No, Turgieniew, sięgnij pan jeszcze do swoich damskich wspomnień.

Płowowłosy olbrzym uśmiechnął się i mówił jakby do siebie:

— Za młodu zalecałem się do panny, która wyszła za innego. Po ośmiu latach spędzonych w Niemczech, wróciłem do Rosji. Było to w lipcu. Spotkałem tę młodą osobę u jej matki, podczas trzydniowej zabawy, jaką dawała z powodu urodzin córki. Była sama; męża, chorego hipochondryka, zostawiła w domu. Matka jej była zwariowana na punkcie zabaw, dom huczał od wesela, tańców... Jednego wieczora, poprosiłem młodą osobę do mazurki. „Zależy panu na tym tańcu? Może byśmy porozmawiali? — Służę pani”.

Wyszliśmy z sali balowej. Obok był szereg pokojów, w których grano w wista; potem inne, oświetlone tylko blaskiem księżyca, ale wystawione na to, że co chwila wpadali tam tancerze. Siedliśmy w jednym z ostatnich pokojów, na otomanie, na wprost wielkiego otwartego okna. Rozmawiamy; ona, trochę odwrócona ode mnie, patrzy w ogród. Od czasu do czasu pary tancerzy wpadają do pokoju, kręcą się w tańcu i znikają.

Naraz, ona zwraca ku mnie wielkie oczy, oczy olbrzymie, skośne trochę jak u Chinki. I, nie wiem jak się to stało, ale w jednej chwili znalazła się na mnie i była moja... Zostało mi uczucie jej twardych zębów, warg zimnych jak lód i wnętrza ciała, gorącego jak płomień... Wybiegła z pokoju, pognała do ogrodu zachwycić powietrza. Nazajutrz dowiedziałem się, że wyjechała. Ujrzałem ją po kilku latach; nigdy nie śmiałem zrobić aluzji do tego wieczoru. Czasami pytam sam siebie, czy to prawda...

Rozmowa przechodzi na Alfreda de Vigny173, który niedawno umarł. Sainte-Beuve rzuca na świeży grób — anegdoty. Goncourt powiada półgłosem do brata:

— Kiedy słyszę Sainte-Beuve’a, jak swymi zdańkami muska nieboszczyka, mam wrażenie, że to mrówki oblazły trupa. Upora się z tą sławą w dziesięć minut, i ze znakomitego jegomościa zostawi czyściutki szkielet.

— Mój Boże — powiada Sainte-Beuve — nie bardzo wiadomo, czy on w ogóle był szlachcic; nikt nigdy nie widział żadnej jego rodziny... To był szlachcic z roku 1814, w owej epoce nie wglądano w te rzeczy zbyt ściśle. Jest w korespondencji Garricka jakiś de Vigny, który go prosi o pieniądze, ale bardzo szlachetnie... wybrał właśnie jego, aby go wyróżnić. Ciekawe byłoby wiedzieć, czy to przodek hrabiego Alfreda... Alfred de Vigny to był przede wszystkim anioł, zawsze anioł. Nigdy nikt nie widział u niego befsztyka. Kiedy ktoś go żegnał o siódmej, aby iść na obiad, on pytał: „Jak to! pan już idzie?” Nie rozumiał nic z rzeczy realnych, realność nie istniała dla niego... Miał wspaniałe powiedzenia. Po jego mowie w Akademii przyjaciel napomknął, że mowa była trochę długa. Na to Vigny wykrzyknął: „Ależ ja wcale nie jestem zmęczony!”. Był przy tym bardzo niezręczny: do Akademii dostał się dzięki pewnej kombinacji, z której nigdy nic nie zrozumiał. Kiedy kogoś zalecał do nagrody, gubił go...

Tu, korzystając z chwilowej nieuwagi Gautiera, Sainte-Beuve i paru bliskich rozważają szanse jego kandydatury do Akademii.

— Nie ma żadnych widoków — powiada Sainte-Beuve. — Trzeba by mu rok strawić na wizytach, staraniach, nikt z Akademików go nie zna... Rozumiecie... u nich najważniejsze jest, aby widywali człowieka, aby się oswoili z jego twarzą... Wybory... rozumiecie... to jest intryga... intryga w dobrym znaczeniu słowa (poprawił się). No więc — tu liczy na palcach — będzie miał Wiktora Hugo, Feuilleta, Remusata... musiałby ich dopilnować... Przez księżniczkę można by mieć takiego de Sacy...