FLAUBERT do sąsiada: — Nienawidzę wsi. Pracuję dziesięć godzin na dobę, ale tracę mnóstwo czasu; czytam, zamyślam się, chodzę na wagary pisząc. Kiedy siądę do pracy w południe, rozgrzewam się ledwie koło piątej. I, doprawdy, mam poczucie daremności tej pracy.

— Wyobrażacie sobie — wykrzykuje — głupotę mordowania się nad wytępieniem asonansów albo powtarzających się wyrazów? Dla kogo? Kto to zauważy, kto się na tym pozna? I nawet kiedy książka się uda, nigdy nie macie tego właśnie sukcesu, o który wam chodziło. Czyż nie najbanalniejsze strony Pani Bovary stworzyły jej powodzenie? Tak, sukces zawsze przechodzi obok. Forma! Tak. Ale kto z publiczności zdolny jest ocenić formę? A zważcie, że forma czyni nas podejrzanymi trybunałom, które są „klasyczne”... Klasycy, dobry kawał! Ależ nikt nie czytał klasyków! Nie ma ani ośmiu literatów, którzy czytali Woltera — czytali, rozumiecie? Czy znajdzie się w Towarzystwie autorów dramatycznych pięciu ludzi zdolnych wymienić tytuły sztuk Tomasza Corneille179? Ależ klasycy są pełni obrazów, na jakie dziś by się nikt nie odważył! „Sztuka dla sztuki”! Ależ sztuka dla sztuki nigdy nie znalazła takiej apoteozy jak w przemówieniu klasyka Buffona. „Sposób, w jaki wypowiedziano jakąś prawdę — rzekł Buffon w Akademii — użyteczniejszy jest ludzkości niż prawda sama”... Zdaje mi się, że to jest sztuką dla sztuki...

GAUTIER mruczy: — Tak, dziewięćset godzin pracy i rezultat — trzydziestostronicowa nowela — to ów sławny system Flauberta.

GONCOURT, do brata półgłosem: — Czysta literatura, książka, którą artysta tworzy dla swojej satysfakcji, to rodzaj skazany na wymarcie. Nie widzę takich poza Flaubertem i nami. Skoro nasz tercet umrze, nie wiem, kto nas zastąpi.

Ale Nogent-Saint-Laurens, który należy do komisji własności literackiej, sprowadza rozmowę na ten pasjonujący zawodowców temat. Saint-Laurens oświadcza, że jest za wiekuistą własnością. Na to Sainte-Beuve oburza się, wykrzykuje namiętnie:

— Jesteście dość zapłaceni hałasem, dymem... sławą. Ależ człowiek, który pisze, powinien mówić: „Bierzcie, bierzcie!” — powinien być szczęśliwy, że go ktoś chce.

FLAUBERT, który lubi być przeciwnego zdania, mówi: — Ja, gdybym wynalazł kolej żelazną, pragnąłbym, aby nikt nią nie jechał bez mego pozwolenia.

SAINTE-BEUVE, z furią: — Nie potrzeba własności literackiej, tak samo jak wszelkiej innej... Nie trzeba własności... Trzeba, aby wszystko się odnawiało, aby każdy pracował z kolei...

— Popatrz na niego — szepce Edmund Goncourt do brata — w tej chwili ma głowę niemal członka Konwentu — niwelatora; bije z niego coś z nienawiści Jana Jakuba. On jest nawet trochę podobny z fizjognomii180 do Roussa181. Pokazał nam w tej chwili najistotniejszą głąb swojej duszy: stary kawaler rewolucjonista.

RENAN, miękko: — Tak, dzisiejsze pojęcia własności są zbyt absolutne...