Na schyłek Cesarstwa przypada wielka miłość Damy Fiołkowej, u której głowa dotąd większą rolę grała niż serce. I tu zresztą serce nie było w niezgodzie z rozsądkiem. Ukochanym jej stał się Ernest Baroche, syn wpływowego ministra, sam człowiek wszechstronnie utalentowany. Próbował, nie bez sukcesu, teatru (napisał Testament Cezara Girodot), polityki, finansów, myślał o uruchomieniu wielkich kopalń. Śmiały, ryzykowny, trochę awanturniczy — oczarował ją. Wrócił jej młodość przedwcześnie zakrzepłą w fotelu-konfesjonale powiernicy starszych panów. Brutalne i niedbałe fawory Napoleona nie mogły zaspokoić jej serca, które teraz poznało wszystkie uroki i wzruszenia podzielanej miłości. Baroche ofiarował jej to, co najbardziej mogło być dla Damy Fiołkowej upragnione — małżeństwo. Ona waha się, boi się rozczarowań, boi się być mu kulą u nogi, ale takie obawy zdwajają jedynie słodycz ponowionych oświadczyn.
Wśród tego wybucha wojna francusko-pruska. Baroche idzie w pierwszym szeregu. Po klęsce, tuż przed oblężeniem Paryża, przybiega na kilka godzin do przyjaciółki. Ona chce zostać w Paryżu, aby być bliżej niego, on żąda, aby się schroniła w bezpieczne miejsce. Jeanne ulega, opuszcza Paryż. Baroche pada pod Bourget35 grzebiąc jej najdroższe nadzieje. Ale idąc na wojnę zapisał jej cały majątek, m. in. akcje kopalni „Malfidano”, którą powołał do życia, a która miała się stać bogactwem.
Baroche miał przyjaciela, hr. de Loynes; był to człowiek z wybornej rodziny, członek Jockey-Clubu. Interesy zbliżyły go do pani de Tourbay. Podobno Baroche testamentem zalecił ukochanej — w razie jego własnej śmierci — wyjść za tego przyjaciela. Niebawem hr. de Loynes wyznał jej miłość i poprosił o rękę. Zawsze przytomna, zastrzegła sobie prawo noszenia jego nazwiska, cokolwiek by zaszło między nimi. W istocie, wobec oporu rodziny, odbył się jedynie ślub kościelny, do cywilnego nie doszło nigdy; niezgodność usposobień sprawiła, że małżeństwo rozeszło się szybko. Odtąd zamiast Damy Fiołkowej, od dawna zapomnianej, istnieje już tylko milionowa i niezależna hrabina de Loynes, która pod tym nazwiskiem będzie odgrywała przez wiele lat rolę w życiu paryskim.
Po wojnie i Komunie wraz z kształtowaniem się nowego społeczeństwa pani de Loynes stara się odbudować egzystencję. Zwraca się ku tym samym, którzy bywali u niej niegdyś, byli to prawie wyłącznie mężczyźni. Bo mimo majątku, mimo tytułu świeża hrabina de Loynes nie weszła do „świata”; pozostawała jej jedna droga — światem uczynić swój salon. Znów gromadzi się u niej na sławnych obiadach elita intelektualna: Girardin, Taine, About, Flaubert, Houssaye, Sardou, Rochefort, historyk Vandal i wielu innych. Pewnego razu Flaubert przedstawił jej młodego Maupassanta, to znów Renan przyprowadził prawie nie znanego jeszcze Anatola France, którego jednak miał niebawem zmonopolizować inny zaborczy salon.
Ale jest coś emerytalnego w tej odbudowie dawnej tradycji obiadowej: raz po raz ubywa ktoś z tych starych znakomitych ludzi, ów salon jest czymś przeżytym, brak w nim treści, duszy. I sama pani de Loynes czuje, że najlepsze jej siły pozostaną nie zatrudnione, marnują się bez celu. „Ale ja się jeszcze odegram” — powiada w liście do kogoś z bliskich.
I w istocie, gdy wszystko zdawało się dla niej skończone, gdy życie jej mogło się stać luksusową wegetacją, zjawił się na horyzoncie pani de Loynes człowiek, który miał na wiele lat, aż do końca dać nowy sens jej salonowi i jej egzystencji.
Poznała go na jednej ze słynnych redut Houssaye’a, zapomnianego dziś (słusznie), ale niegdyś robiącego sporo szumu w Paryżu autora. Owe reduty to było również dość melancholijne wznowienie blasków Cesarstwa, gdy cały Paryż tłoczył się w pałacu Houssaye’a na przesławnych redutach, których gospodarz głosił dla żeńskich gości zasadę, że „piękność pod maską — obowiązkowa”. Pewnej nocy podobno sama cesarzowa Eugenia wmieszała się w tłum pod maską. Z mężczyzn reduty owe gromadziły tak dalece wszystkie świeczniki duchowe stolicy, iż ktoś powiedział, że gdyby pałac się zawalił tej nocy, nazajutrz byłoby ciemno w Paryżu.
Obecnie Cesarstwo było od kilkunastu lat pogrzebane. Republika daleka była od jego blasku, gospodarz miał siedemdziesiątkę, a pani de Loynes dobiegała lat pięćdziesięciu. Ileż melancholijnych wspomnień oblegało ją, kiedy w r. 1886 wybrała się w stroju Małgorzaty z Fausta na ostatnią redutę, jaką miał wyprawić Houssaye. Na takiej reducie dwadzieścia lat temu zaintrygowała i zdobyła pełnego przyszłości Prévost-Paradola, jednego z niewielu, których kochała... Prévost-Paradol od wielu lat nie żył: samobójcza kula przecięła życie tak pełne nadziei...
I oto nieoczekiwanie, tego właśnie melancholijnego wieczoru, miała poznać człowieka, który ją wrócił życiu i otworzył jej nowe możliwości. Był nim młody pisarz i krytyk Lemaitre.
Lemaitre, młodszy od pani de Loynes o lat kilkanaście, miał wówczas lat trzydzieści trzy. Był wschodzącą paryską gwiazdą. Trochę nieśmiały, trochę niezręczny w obyciu, wychowany na prowincji, spędził jakiś czas w seminarium duchownym, potem przeszedł surową dyscyplinę słynnej École Normale36. Ale w piórze to dziecię prowincji przyswoiło sobie najbardziej paryskie chwyty; solidna wiedza kojarzyła się z urokiem stylu u tego ucznia Taine’a i Renana. Seria Les Contemporains miała go zrobić sławnym; o ile świetny esej o Renanie zwrócił już nań pochlebną uwagę, rżnięcie, jakie sprawił Ohnetowi, uczyniło go bohaterem Paryża.