Te jej rysy, te powiedzenia, wybuchy jej impulsywnej natury czyniły z księżniczki Matyldy oryginalną i sympatyczną postać, która pół wieku z górą zajmowała wiele miejsca w życiu Paryża. Nie od razu znalazła się w tym Paryżu, któremu później miała być tak wierna. Jako szesnastoletnia panna, żywa, dowcipna, była jakiś czas towarzyszką wygnania eks-królowej Hortensji. Z synem królowej — przyszłym Napoleonem III — nawiązuje w czasie tego pobytu w Arenenbergu coś na kształt projektu na miłość, projektu, który nigdy nie miał czasu dojrzeć. Potem na dworze wuja, króla wirtemberskiego, ta rosła dziewczyna o napoleońskim profilu, wspaniałych oczach i ramionach, o czarującym uśmiechu staje się przedmiotem hołdów. Zdawało się przez chwilę, że żadna partia w Europie nie byłaby dla niej zbyt wysoka. I z tego wszystkiego w czasie pobytu we Włoszech dwudziestoletnia „hrabianka de Montfort” — to był wówczas jej urzędowy tytuł — zaręcza się z Rosjaninem, hrabią Demidow, olbrzymio bogatym parweniuszem, którego dziadek zrobił majątek na fabryce broni. Hrabia Demidow mieszkał we Francji, kochając sztukę, popierając artystów i starannie kryjąc przed światem brutala i chama, który miał się w nim objawić. Już w czasie poślubnej podróży do Rosji wybuchają małżeńskie sceny, takie, że aż car musi interweniować w obronie kuzynki; później we Florencji zazdrosny hrabia spoliczkował na balu żonę. Ten policzek miał się wysublimować w olbrzymią rentę; car, do którego Matylda udała się na skargę, zarządził separację i wyznaczył szczęśliwej rozwódce pół miliona franków rocznie z kieszeni Demidowa. Odzyskawszy wolność, młoda kobieta spieszy z niej korzystać, ale niebawem popada w nową niewolę, biorąc za towarzysza życia pięknego hrabiego Nieuwerkerke; i ten coraz bardziej oficjalny romans miał przetrwać ćwierć wieku.

I hrabia Nieuwerkerke był miłośnikiem sztuki, sam był nawet utalentowanym rzeźbiarzem. Piękny, duży, z bujną brodą, musiał być — zwłaszcza w początkach — uroczym towarzyszem. On rzeźbił, ona malowała, dawał jej rady, dobierał profesorów. Cygańska para (bo cyganeria istnieje na wszystkich szczeblach, nawet w pobliżu tronu) przeniosła się do Paryża; ona najęła piękne mieszkanie, on sprowadzał jej artystów; niezbyt regularna pozycja nie przeszkadzała pani Demidow być jedną z modnych kobiet najświetniejszego Paryża. Wybucha rewolucja — rok 1848 — akcje Bonapartych fantastycznie idą w górę; „flirt” młodości Matyldy zostaje prezydentem Republiki, aby niebawem po trupach dojść do korony cesarskiej i włożyć ją na głowę pięknej Hiszpance. Zanim jeszcze to nastąpi, Matylda pomaga kuzynowi robić honory w Pałacu Elizejskim. Wprawdzie małżeństwo Napoleona usuwa ją poniekąd w cień, ale kuzynka cesarza ma oficjalną pozycję, krociową dotację, tytuł cesarskiej wysokości, pałac, z którego robi istne muzeum. Nieodłączny Nieuwerkerke też dostępuje oficjalnych honorów: zostaje intendentem — dyktatorem — sztuki.

Salon księżniczki Matyldy ma akcent pewnej opozycji do dworu, do cesarzowej zwłaszcza, z którą — naturalnym biegiem rzeczy — Matylda nie sympatyzowała. Charaktery były zbyt różne. Cesarzowa była światowa, dość płytka, bardzo katolicka i trochę bigotka, Matylda, córka ojca wolterianina, sama wolnomyślna, swobodna w czynach i w języku — „Małgorzata Nawarska w skórze Napoleona”, jak o niej mówił Goncourt — wyrabia sobie własny styl, nieco rubaszny, ale tryskający życiem. Nie górując może sama inteligencją, Matylda instynktownie garnęła się do świateł ducha; było coś z renesansowej księżniczki w tej pięknej kobiecie oddychającej atmosferą sztuki; szkoda, że te jej nadworne Rafaele i Michały Anioły nie były lepsze. I w salonie jej panuje swoboda słowa i myśli, paradoksu, żartu. Na jednym tylko punkcie jest nieubłagana: na punkcie Napoleona. Kiedy pisarz About pozwolił sobie przy obiedzie na niewłaściwy żarcik w tym przedmiocie, księżniczka kazała lokajowi sprzątnąć jego talerz mówiąc: „Pan About nie je dziś obiadu”. To był jej styl.

Kto bywał w tym salonie? Znów ci sami, których spotykaliśmy tyle razy. Kiedy ci ludzie, tak zapracowani, mieli czas jeść tyle obiadów? Dowodzi to świetnej organizacji czasu we Francji — jest tam miejsce na wszystko. Fakt jest, że tych samych kilkunastu spotyka się na obiadach „chez Magny” (patrz Obiad literacki), u „Damy Fiołkowej”, nawet u eks-kurtyzany Païvy, jak się okazało później, pruskiej konfidentki, donoszącej, gdzie trzeba, o każdym słowie, które padło w jej salonie. Zatem stali goście księżniczki to znów Gautier, Dumas, Houssaye, Mérimée, dwaj Goncourtowie, Gavarni, Renan, Sainte-Beuve, Flaubert, Augier i inni. Bywają i uczeni: Arago, Berthelot, Pasteur, Claude Bernard, Littré; dziennikarze Scholl i Girardin. Tylko muzyki księżniczka nie uznaje podobnie jak cesarz, który łaskawie powinszował Meyerbeerowi Żydówki46.

Hasłem księżniczki (jak proustowskiej pani Verdurin) jest: „Wszystko dla przyjaciół”. Ratuje od cenzury Damę Kameliową; proteguje Bezczelnych Augiera47; łamie w swojej loży wachlarz z irytacji, gdy sala wygwizduje Henriette Maréchal Goncourtów. Mniej może obchodzą ją utwory niż autorowie, zwłaszcza o ile należą do jej „wiernych” (znów pani Verdurin!). Księżniczka robi po trosze wybory w Akademii. Ma oczywiście wpływ na zamówienia i zakupy dzieł sztuki, przy czym popiera w sztuce poprawność, a nie znosi nowatorstwa. Sama co rok wystawia w salonie swoje kopie arcydzieł z Luwru. Gautier wierszem opiewa wytwory jej pędzla (opiewał nawet jej pieska); Houssaye pisze o niej, że „zeszłego roku odniosła tryumf nad Rembrandtem, tego roku zwyciężyła Velasqueza”. Bo księżniczka Matylda była za Cesarstwa zbyt potężną wpływami osobistością, aby jej otoczenie, złożone z najniezawiślejszych umysłów, mogło nie zmienić się w orkiestrę pochlebców. („Myśli, że ma salon, a ma tylko jarmark, gdzie każdy pochlebca żyje kosztem tego, kto go słucha” — tak jadowicie określa salon księżniczki zgorzkniały pamiętnikarz Viel-Castel, dla którego co prawda najświetniejsze nazwiska ówczesnej intelektualnej Francji to są „błazny obcałowujące po rękach”, pasożyty, ateiści i wolnomyśliciele). Gautier sam tytułował się błaznem jej cesarskiej wysokości. Aby dopomóc artyście będącemu w ciężkich warunkach, mianowała go swoim bibliotekarzem z przyzwoitą pensją. „Ale czy księżniczka ma choć bibliotekę?” — zapytał wdzięczny, lecz trochę zakłopotany poeta. „Rób pan tak, jakby nie miała” — brzmiała odpowiedź. I w istocie, księżniczka Matylda wolała czerpać wiedzę życia, z konwersacji z żywymi niż z ich książek.

Księżniczka była niezmiernie — i dość naiwnie — czuła na swoje sukcesy artystyczne, które dawkowano jej na tyle oględnie, aby je mogła przypisywać własnej zasłudze. Dostawszy w r. 1861 mention honorable48 rzekła: „Czuję się pierwszy raz czymś, niezależnie od swego urodzenia”. W cztery lata później uznano, że można jej dać bez kompromitacji medal; upojona, chciała go nosić na piersiach niby medal wojskowy. Tylko Nieuwerkerke powtarzał jej uparcie, że nie ma żadnego talentu i że powinna zachować swoje produkty dla siebie. Bo Nieuwerkerke, wierny swemu systemowi, stale mówił jej impertynencje, kompromitował ją, panoszył się w jej domu jak sułtan we wzorzystych szlafrokach, zdradzał ją niemal publicznie na funty — i kochała go.

Goncourtowie twierdzą, że księżniczka oddała Cesarstwu ogromne usługi, wiążąc dyskretnymi więzami całą elitę intelektualną, rozładowując niebezpieczne niechęci w niewinną frondę salonowo-intelektualną. Czy miała ten „przydział” z urzędu, czy raczej robiła to instynktownie i ze skłonności?

Faktem jest, że była w pewnych sprawach bardzo surowa. Burzliwe było jej rozstanie z Sainte-Beuve’em, który, zrobiony przez cesarza senatorem z 30 000 fr pensji, przeniósł się pewnego dnia, w najtrudniejszym dla Cesarstwa momencie, do opozycyjnego pisma. Księżniczka wpadła do mieszkania ciężko chorego już starca jak burza. „Pan Sainte-Beuve nie miał prawa tego zrobić! — krzyczała głośno. — Pan Sainte-Beuve jest wasalem Cesarstwa”.

Tak płynęło to życie w pałacu księżniczki w Paryżu, a w lecie w siedzibie jej Saint-Gratien, gdzie poeci, uczeni, artyści dnie całe i tygodnie spędzali u niej, malując, tworząc, wymieniając myśli, płodząc paradoksy i dowcipy W ogrodzie i przy stole, który był zresztą lichy, jak to stwierdził później Leon Daudet, spec nad specami w tej mierze. Daudet wścieka się zwłaszcza na dworski obyczaj sprzątania gościom sprzed nosa talerzy, z chwilą gdy księżniczka przestała jeść jakąś potrawę. Ten zwyczaj przetrwał, ale wszystko inne runęło jak domek z kart z upadkiem Cesarstwa. Cios dla księżniczki podwójny, bo w tej tragicznej chwili piękny Nieuwerkerke zwiał bez słowa i bez pożegnania i oparł się aż we Włoszech. Może od dawna ciążyły mu cesarskie amory? Nigdy go już nie miała ujrzeć, mimo iż żył w tych Włoszech i estetyzował aż do r. 1892.

W chwili upadku Cesarstwa księżniczka — wciąż majestatycznie piękna — miała lat pięćdziesiąt. Wróciwszy po tym trzęsieniu ziemi do Paryża, odbudowała swoje życie — z tych samych kawałków. Miejsce pałacu zajęła skromniejsza, ale bardzo jeszcze pańska rezydencja przy ulicy de Berry; letnie Saint-Gratien zaczęło funkcjonować jak dawniej. Raz po raz ubywających „wiernych” zastępują nowi, czasem ich synowie. Nawet miejsce Nieuwerkerke’a nie zostało puste, mimo iż ten, który je zajął, nie miał tych samych wspaniałych warunków osobistych i reprezentacyjnych. Był to skromny malarz miniaturzysta Popelin. Ten związek serc znów miał przetrwać dwadzieścia lat i był tak publiczny, że pewnego roku „Almanach Gotajski” oznajmił zaślubiny wdowy po hr. Demidow z panem Popelin, co zresztą nie było prawdą. Księżniczka zanadto się czuła Napoleonką, aby mieć potrzebę uspokajania opinii morganatycznym małżeństwem. (Później, kiedy Proust zadomowił się w salonie starej księżniczki, bliscy nazywali go żartem „Popelin-cadet” — od „Coquelin-cadet”49, aktora zwanego tak dla odróżnienia od brata).