Umarła pani Aubernon w r. 1899, licząc lat siedemdziesiąt cztery, na raka języka („Umarła na to, czym grzeszyła” — orzekła eks-przyjaciółka, pani de Caillavet). Nie mogąc już mówić, jeszcze lubiła, aby ją odwiedzano, i brała niemy, lecz żywy udział w rozmowie. I wśród „wiernych” był jeden głos, że nie będzie już takiej drugiej gospodyni, ani drugiego takiego salonu. W istocie, to był nie tylko salon, ale cała epoka, która umierała, która się kończyła. Proust wystawił jej trwały nagrobek.

Więcej niż salon

Do wizerunku paru salonów, charakterystycznych dla epoki Prousta, pragnę dodać jeszcze jeden. Ale przygoda jego właścicielki to już coś więcej niż kronika życia towarzyskiego; jej „salon” to wkład w historię literatury — historię wprawdzie nieoficjalną, na wpół poufną, ale przez to nie mniej interesującą. To już nie kapliczka ani nawet kościół wzniesiony ku czci jednego z najwybitniejszych pisarzy epoki, ale dokument bardzo istotnego wpływu na twórczość pisarza, współżycia duchowego, będącego może unikatem w dziejach literatury. Mam na myśli panią Arman de Caillavet i Anatola France.

Salon pani de Caillavet ma dla nas parę fizjognomii. Poznaliśmy salon pani de Loynes („Wiadomości Literackie”, nr 77072) jako fortecę bojowego nacjonalizmu; otóż był moment (sprawa Dreyfusa), gdy dwa wielkie obozy polityczne skupiły się w dwóch przeciwległych salonach: pani de Loynes i pani de Caillavet. W tamtym królował Lemaitre, prezydent La Patrie Française, w tym Anatol France, patron „rewizjonizmu”. Ale do początków salonu pani de Caillavet trzeba sięgnąć wcześniej, na wcześniejszy też okres przypada prawdziwie twórcza rola jego właścicielki.

Co się tyczy jej samej, poznaliśmy ją u pani Aubernon („Wiadomości Literackie”, nr 78973). Tam przez dłuższy czas praktykowała, od despotycznej pani domu ucząc się sztuki kierowania rozmową i skupiania gwiazd intelektualnych. „To ja ją wymyśliłam” — mówiła później, po jej dezercji, rozgoryczona pani Aubernon. Bo przyszedł moment, że pani de’Caillavet wyłamała się z rygorów słynnego dzwonka i zaczęła zapraszać gości pani Aubernon do siebie na małe obiadki w atmosferze miłej swobody. Czarna ta zdrada wyszła na jaw i spowodowała nieuchronne zerwanie; za panią de Caillavet wycofał się France i odtąd salon przy avenue Hoche stał się na wiele lat jego siedzibą.

Pani de Caillavet wyszła ze sfer bogatego francuskiego mieszczaństwa. Mąż jej zwał się pierwotnie pan Arman; ojciec jego, wielki armator z Bordeaux, zaszczycony osobistą przyjaźnią Napoleona III, zrujnował się budując kilka okrętów wojennych na słowo cesarza, nie ratyfikowane później przez parlament. Ale po tej ruinie zostało jeszcze dosyć majątku; nie zdołał się z nim nawet uporać sam pan Arman de Caillavet, karciarz, utracjusz, impetyk i amator jachtingu, który swej żonie dał podobno więcej utrapień niż szczęścia. Salon pani Aubernon wprowadził młodą mieszczkę w regiony inteligencji, w których uczuła się natychmiast jak w swojej przyrodzonej krainie; ale pełnia jej życia datuje od chwili, gdy poświęciła się cała chwale France’a.

Historia ich dwojga mało podobna jest do banalnego romansu, ale przez to tym ciekawsza. Kiedy pani de Caillavet przedstawiono w r. 1883 France’a, zrobił na niej nieszczególne wrażenie. Miał wówczas lat trzydzieści dziewięć; jako pisarz był prawie że nieznany; nieobyty w świecie, brzydki, nieśmiały, zająkliwy, miał w konwersacji jakąś ceremonialną obleśność: „kombinacja bonapartysty, seminarzysty i fauna”. Ona, królowa w swoim małym światku, prosta, szczera, obdarzona męską jasnością umysłu i żywym poczuciem śmieszności, łatwo mogła onieśmielić nowicjusza. Syn skromnego księgarza, sam dotąd wegetujący również na skromnych posadkach, licho ubrany, musiał się czuć w tym świecie, wobec tej damy równie onieśmielony, jak pełen podziwu. Pani domu traktowała go nieco szorstko; lubiła za to bardzo Lemaitre’a, który jeszcze nie poznał swojej przyszłej egerii i bywał częstym gościem u pani de Caillavet. Z nim była serdeczna i miła, wobec France’a trochę złośliwa. Ale trzeba przyznać, że wcześnie odgadła pisarza, którym France był dotąd w bardzo skąpej mierze i dla niewielu czytelników. „Lubię jego styl i dowcip, nie lubię jego charakteru i wzięcia” — mówiła. I kiedy z kolei i France, i Lemaitre zaczęli bywać u pani de Loynes, łatwo mogło się zdarzyć, że pani de Caillavet byłaby zaakaparowała74 Lemaitre’a, a France stałby się łupem pani de Loynes. W wyborze między nacjonalizmem a radykalizmem sceptycyzm jego pozostawiał mu wolną rękę... W jaki sposób to „chassé croisé75 byłoby zaważyło na historii Francji i historii literatury danej epoki, oto temat do płodnych dociekań. Faktem jest, że dość długo Lemaitre musiał panią de Caillavet przekonywać do France’a, aż pewnego dnia spostrzegł, że jego niepozorny protegowany zajął pierwsze miejsce w tym domu.

France był żonaty z osobą mało inteligentną, która go lekceważyła i której się bał. „Drży i bąka w obliczu swej despotycznej małżonki” — pisze naoczny świadek. Czy jak bohaterowie Balzaka marzył o znalezieniu kobiety, która by go oszlifowała, która by mu dała poznać świat i była jego przewodniczką? Zapewne nie, przekroczył już wiek takich marzeń. Ale nad wszelkie spodziewanie taką kobietę miał znaleźć. „Był w owym czasie całkowicie nieznany i byłby nim został, gdyby nie pani de Caillavet” — pisze o tym spotkaniu przyjaciółka obojga, znana pisarka używająca pseudonimu Gyp. „Zrobiła dla niego to, co pani de Loynes dla Lemaitre’a: wychowała go. Bez niej nie byłby nigdy w Akademii”. A historyk Hanotaux, który ujrzał France’a po długim niewidzeniu, powiada: „Och, jakże mi odmieniono tego pomocnika księgarskiego! Ktoś go obudził, ktoś tchnął w tę opieszałą duszę fantazję Ariela”.

Bo w istocie zachodzi w nim uderzająca zmiana. Do czterdziestki France był bardzo mało płodny. Zaczął od tomu „parnasowskich” wierszy, pewien rozgłos wśród smakoszów literackich dała mu powieść Le Crime de Sylvestre Bonnard — jeszcze jakiś tomik i to wszystko. On sam był typem w rodzaju owego Sylwestra: człowiek biblioteczny. Teraz jakby jakaś ręka wyrwała go z biblioteki i pchnęła w życie, w świat namiętności, aktualności, zuchwałej gry myśli, powabów i pokus kobiety. W ciągu kilku lat France wyrzuca z siebie tom po tomie; błyszczy w licznych pismach w felietonie, w krytyce, zyskuje sławę powieścią Thaїs i kilkoma tomami świetnych opowiadań, rzuca się w starcia polityczne, uprawia publicystykę na sposób Woltera, podróżuje... Wreszcie — i to jest apogeum jego sławy — ten nieśmiały dzikus pisze „światową” powieść Le Lys rouge, najmodniejszą, najpoczytniejszą powieść epoki. Króluje w salonie, staje się gwiazdą konwersacji, arbitrem elegancji duchowych, znawcą kobiet.

Wszystko to stało się w ciągu kilku lat, których trudno tu śledzić etapy. Ale to pewna, że role się zmieniły; teraz Anatol niedbale przyjmuje należne mu hołdy, Leontyna zaś, wpatrzona w niego, poświęca mu wszystkie myśli, każdą godzinę życia. Związek ten zacieśnił się, odkąd France rozstał się z żoną. Owe perypetie małżeńskie opisane są dość wiernie w Manekinie trzcinowym; „tortura powietrza”, jaką France dręczył żonę, nie dostrzegając w ciągu wielu miesięcy jej obecności, ma być ściśle autentyczna. Pewnego dnia, prażony obelgami przez gwałtowną małżonkę, wziął kałamarz, pióro, rozpoczęty artykuł i w szlafroku i w szlafmycy przeszedł do pobliskiego hotelu, skąd posłał do domu po rzeczy, aby już tam nigdy nie wrócić. Rozwód nastąpił w r. 1891. Odtąd France całkowicie niemal pędzi życie w domu państwa de Caillavet w Paryżu, w posiadłości ich koło Bordeaux albo na ich gościnnym jachcie. Pani de Caillavet staje się wyłączną kapłanką kultu France’a. Kiedy jej przyjaciele krzywią się na ciągłą obecność tego „cygana”, zrywa z przyjaciółmi, kiedy kochanek robi jej sceny zazdrości o France’a, zrywa z kochankiem.