Proust za młodu był bardzo blisko z domem pani de Caillavet. Scena, gdy młody Marcel poznaje Bergotte’a u Swannów, jest echem wzruszeń, jakie dało Proustowi poznanie France’a. Pani de Caillavet zawdzięczał z pewnością Proust przedmowę France’a do Rozkoszy i dni, tego rodzaju usługi zmonopolizowała ona w swoim ręku; ona jedna umiała taką przedmowę u mistrza wyjednać, wyegzekwować, a czasem w ostateczności — za niego napisać. I inne, tkliwsze węzły łączyły młodego Prousta z tym domem: wspólnie z przyjacielem swoim Gastonem de Caillavet podkochiwał się w jego późniejszej żonie, młodziutkiej Jeanne Pouquet; w listach Prousta do pani Gastonowej, a potem do jej córki odnajdujemy niejeden motyw spożytkowany w jego powieści. Wreszcie sam Bergotte u pani Swann, celebrujący w jej loży w teatrze, to z pewnością transpozycja roli France’a u pani de Caillavet. Ale uderza nas u Prousta zdrobnienie tego tak interesującego stosunku do wymiarów czystej światowości. Bo co łączy Bergotte’a z Odetą Swann, czym się tłumaczy przywilej tej gąski? I drugi „salon”, w którym Proust streszcza niejako wiele salonów, również ma wszystkie cechy pamfletu: to salon pani Verdurin, kapliczka jałowego i pociesznego snobizmu. Nigdzie natomiast nie spotykamy u Prousta dokumentów owego głębszego współżycia, owego niezaprzeczonego wkładu duchowego, który kobieta wnosi we Francji w literaturę nieprzerwanie od kilku wieków. Zapewne Proust oglądał salon pani de Caillavet już wówczas, kiedy ten salon dostarczał może aż za wiele pokarmu jego wyostrzonemu zmysłowi śmieszności. Mimo to sposób, w jaki Proust — może pod wpływem rosnącej mizantropii czy mizoginii — potraktował kobietę w swojej syntezie „salonu”, odczuwamy, przez pamięć przyjaciółki France’a, jako pewną niesprawiedliwość.
Dowcip Oriany
Osoba księżnej Oriany de Guermantes, jej uroda, jej szyk, jej elegancja, impertynencja, styl jej dowcipu dosyć są już znane polskim czytelnikom Straconego czasu, aby ich mogło zainteresować to zwierzenie Prousta, na które trafiamy w jego liście do znanego krytyka Souday:
„...ludzie światowi są tak tępi, że zdarzyło mi się co następuje: Zniecierpliwiony tym, że Saint-Simon wciąż mówi o stylu tak charakterystycznym dla Mortemartów80, ale nigdy nie podaje, na czym ten styl polega, postanowiłem zrobić lepiej i spróbować dać próbkę »esprit de Guermantes«. Otóż udało mi się znaleźć model jedynie w kobiecie »nieurodzonej«, pani Straus, wdowie po Bizecie. Nie tylko cytowane powiedzenia są jej (nie życzyła sobie, żebym wymienił w książce jej nazwisko), ale sparodiowałem jej sposób rozmowy...”
Zwierzenie to, potwierdzone zresztą w listach Prousta do samej pani Straus, może w istocie zastanowić i nasuwa sporo refleksji. Przede wszystkim co do mechanizmu twórczego Prousta. Nieraz zwracałem w tych „szkicach proustowskich” uwagę, jak krytycznie trzeba brać to, co nazwano „mistycyzmem estetycznym” Prousta, teorie, w których chciał on przypisywać wszystko pamięci nieświadomej, samoistnie wywołującej przeszłość. Wiele rysów świadczy przeciwnie o tym, ile miejsca zajmuje w krystalizowaniu się jego dzieła bardziej świadoma selekcja i kombinacja, biorąca zewsząd elementy, aby lepić postaci, które później nabierają pod jego dłonią zadziwiająco pełnego i samoistnego życia. Bo dla tej samej Oriany de Guermantes, której Proust — jak się dowiadujemy — żywcem kładł w usta powiedzenia i dowcipy pani Straus, znajdowali współcześni nie jeden, ale kilka modelów spośród autentycznych bogiń wielkiego świata.
Druga refleksja podważałaby poniekąd wartość dokumentalną dzieła Prousta — gdyby ją brać zbyt ciasno. Zauważmy: Proust skarży się na brak przykładu „dowcipu Mortemartów” (mowa zwłaszcza o pani de Montespan i jej siostrach) u Saint-Simona, ale co by powiedział, gdyby wielki pamiętnikarz dając te przykłady zaczerpnął je z całkiem innych źródeł? Gdzież jest ten „esprit de Guermantes” (termin nie do przetłumaczenia, coś pośredniego między: dowcip, duch, styl) i w czym jest on właściwy Guermantom, skoro aby dać jego próbkę, trzeba sięgnąć do antypodów tego świata, bo przecie pani Straus była typową przedstawicielką „strony Swanna”? Trudno — zdawałoby się — o większe przeciwieństwo niż ta „osiemnasta Oriana de Guermantes bez jednego mezaliansu, najczystsza, najstarsza krew Francji”, pachnąca jeszcze ziemią, z której wyrosła, a pani Straus, mająca całkiem inne parantele. I nasuwa się przypuszczenie, że może całe owo Faubourg Saint-Germain Prousta jest nie mniej — albo bardziej — fantazyjne niż, jak to zarzucali wielkiemu Balzakowi niektórzy, Faubourg Saint-Germain Balzaka. A w każdym razie trzeba być przygotowanym na różne niespodzianki...
Już kiedy czytamy samego Prousta, niepokoją nas pewne szczegóły. Pamiętamy np. scenę, gdy młodziutki bohater, nowicjusz w „świecie”, jest z pierwszą wizytą (na obiedzie) u księstwa de Guermantes. Pyszny książę „czyha na niego w sieni”, aby go przyjąć w progu i zdjąć mu palto; wyraża radość, że nie zrobił im zawodu; na życzenie młodego Marcela prowadzi go do sali z obrazami Elstira i zostawia go tam — znów na jego prośbę — samego, wychodząc dyskretnie. Młody Marcel spędza na kontemplacji trzy kwadranse, zapominając o obiedzie, i nikt mu tej kontemplacji nie przerywa, mimo że pośród obiadowych gości znajduje się głowa niemal koronowana, będąca przedmiotem najściślejszej etykiety. Kiedy wreszcie Marcel zjawia się w salonie, książę przez nadmiar grzeczności odwleka jeszcze na chwilę obiad, aby przypadkiem jego młodociany gość nie odgadł i nie zawstydził się, że na niego czekano...
Mówi się — i słusznie — że Proust będzie kopalnią dla przyszłych badaczy obyczajów. Niewątpliwie, ale pod tym warunkiem, że owi badacze będą z pewną ostrożnością i krytycyzmem czerpali z tej kopalni. Bo całą tę dziwaczną scenę można sobie wytłumaczyć tylko jakimś dziecinnym wyżyciem niedosytów swojej młodości, odwetem wziętym przez Prousta w obolałej wyobraźni za nazbyt skromną rolę, jaką dane mu było w początkach odgrywać w tym wielkim świecie. Takim wzmożonym jeszcze odwetem na życiu — Proust, jak to wiemy z jego zwierzeń, był zawsze nieszczęśliwy w miłości — jest historia listu z oświadczynami, jaki do jego sobowtóra, Marcela, napisała w powieści siostrzenica księcia de Guermantes „uchodząca za najpiękniejszą pannę w Paryżu”, która zakochała się w nim tak, że aż sam książę de Guermantes starał się na prośbę rodziców panny na próżno skłonić go do małżeństwa... Proust wspomina o tym mimochodem jak o czymś zwykłym; po czym jak gdyby zapomina o tym zdarzeniu; nie ma o tym w dalszym ciągu mowy. Epizod ten znajduje się w jednym z dalszych tomów, nad których drukiem nieżyjący już Proust nie czuwał osobiście; może byłby w ostatecznej redakcji wykreślił ten ustęp, znowuż robiący wrażenie jakiejś dziecinnej satysfakcji osobistej. Egzegeci Prousta najczęściej pomijają te rysy, zawadzające im w ich konstrukcjach, ale dla kogoś, kto studiuje Prousta bez uprzedzeń, są one cenną wskazówką, jak bardzo dzieło Prousta trzeba brać organicznie, wraz z jego genialnymi odkryciami psychologicznymi i jego słabostkami, z jego konsekwencjami i niekonsekwencjami, zamiast silić się wszystko wtłaczać w jakiś sztywny kanon estetyczny lub w jakiś od początku do końca najściślej przemyślany plan. I nawet własne wypowiedzi Prousta, dążące zawczasu albo ex post do idealnej unifikacji tego planu, trzeba brać ze znaczną ostrożnością.
Co się tyczy stosunku samego Prousta do arystokracji, można zrobić jeszcze jedną uwagę ogólną. To pewna, że Proust znał ten świat, w którym przebył większą część życia, jak mało kto; że go umiał odmalować jak nikt. Ale mimo iż między jego bliskimi przyjaciółmi znajdują się największe nazwiska Francji, trudno się oprzeć wrażeniu, że musiał to być jednak raczej margines wielkiego świata, można by rzec — jego „cyganeria”. Hr. de Montesquiou był poetą; hrabina de Noailles — była poetką; księżna Bibesco i księżna Clermont-Tonnerre miały zostać autorkami; ks. de Polignac był namiętnym muzykiem. Można przypuszczać, że wszyscy, którzy byli wówczas zdolni ocenić Prousta (najdalszego jeszcze od sławy), wszyscy, którzy starali się go ściągnąć do siebie lub wchodzili w jego orbitę, to byli ludzie pod jakimś względem (często pod różnymi względami!) odrębni. To nie były normalne stosunki światowe; tym samym były nieco fantazyjne, tak jak fantazją było zachowanie się w „świecie” rozpieszczonej czarodziejki, pani de Noailles, na którą w istocie często czekano godzinę z obiadem. A „świat”, przeciętny wielki świat? Ten zaledwie że wiedział, że istnieje jakiś „petit Proust”. Czytelnicy W stronę Swanna pamiętają, ile tam zajmują miejsca osoba i nazwisko księstwa de La Trémoїlle81, przyjaciół Swanna. Pewnego dnia księżna Bibesco (pośród arystokratycznych przyjaciół pisarza było wielu cudzoziemców, także Polaków jak „Loche” Radziwiłł82 i in.), będąc przypadkowo na obiedzie z księstwem de La Trémoїlle, przekonana, że Proust musi być z nimi w wielkiej przyjaźni i że dla ich zabawienia wprowadził ich nazwisko, spytała — naiwnie, jak powiada sama — czy lubią tę książkę? Okazało się, że ani książę, ani księżna de la Trémoїlle nie wiedzieli o istnieniu Prousta i nie słyszeli nawet jego nazwiska.
Tyle o kwestii, o której można by zapewne powiedzieć znacznie więcej. A teraz chciałbym poświęcić parę słów osobie, która miała zaszczyt tchnąć dowcip w „osiemnastą Orianę de Guermantes bez domieszki” — o pani Straus. Interesuje nas ona nie tylko z tego względu; nie tylko poprzez Orianę wiedzie nas studium Prousta w stronę pani Straus.