Pani de Sévigné należy do rzadkich Francuzów, którzy się interesują zagranicą; z sympatią śledzi świetną karierę Sobieskiego; po Podhajcach94 pisze, że „od La Calprenède’a (autor heroicznych powieści) nie zdarzyło się nic równie wspaniałego”; cieszy się też, kiedy Sobieskiemu przypadła tak dobrze zasłużona korona.

Od czasu do czasu ta idealna mama zagrzebuje się na wsi, by oszczędzać i ciułać dla córki, której koszta reprezentacji wysysają masę pieniędzy. I tam, w swoich Les Roches w Bretanii, z książkami, z naturą czuje się równie dobrze jak w Paryżu, i mówi o przyrodzie, o wsi tak, jak chyba nikt nie umiał mówić w owym siedemnastym wieku, kiedy informacja w jednej z komedii Moliera brzmiała: „Scena przedstawia okolicę wiejską, niemniej jednak bardzo powabną”, i kiedy w najlepszym razie patrzano na naturę poprzez Wergilego i Georgiki. W tych właśnie notacjach pejzażu widzi Proust w pani de Sévigné prekursorkę impresjonizmu; a pamiętajmy, że to wszystko pisane było, ot, tak jak pióro biegnie, w codziennej rozmowie z córką.

Ale głęboki, tragiczny niemal ton płynie w listach margrabiny ze smutku wielkiego uczucia: tak kochać — i całe życie być skazaną na rozłąkę! Ton ów bywa tym bardziej wzruszający, że towarzyszy mu wielka oszczędność wyrazu; ów wiek XVII — zaprzeczenie romantyzmu — był niezmiernie wstydliwy i powściągliwy w wyrażaniu uczuć osobistych. A zwłaszcza uczucie rodziców do dzieci należało do tych, które raczej godziło się ukrywać.

Zrozumiałe jest, jak dla Prousta musiały być zajmujące te listy. Poza uczuciowym stosunkiem do nich, przejętym po matce, on — tak łakomy dokumentu ludzkiego — mógł go tu znaleźć do syta, a pikanterii tym miłym niedyskrecjom przydawać mogły w wyobraźni kostiumy dworskie, peruki, egzotyczny ceremoniał wielkiego wieku. To opowiada pani de Sévigné, jak marszałek de Grammont, poruszony wymową wielkiego kaznodziei Bourdaloue, w pełni kazania zakrzyknął: „Do kroćset diasków, ma słuszność!” — na co Madame95 pierwsza, a po niej cały dwór, wszyscy parsknęli nieutulonym śmiechem i zmącili kazanie; to znów streszcza córce gawędy swoje z ministrem de Pomponne, w których lubią we dwoje szukać podszewki uczuć i pozorów. „Pasją naszą — pisze pani de Sévigné — bywa odkrywać karty wszystkich tych pięknych rzeczy, które niby to oglądamy w wielu rodzinach, nie widząc wszystkiego, co się tam dzieje, przy czym znaleźlibyśmy nienawiść, wściekłość, pogardę zamiast pięknych rzeczy wystawianych na pokaz i uchodzących za prawdę...” I w istocie, zaglądanie w te karty stanowi niewinną pasję dobrej skądinąd i życzliwej ludziom margrabiny.

Nie potrzebuję przypominać czytelnikom Prousta, jak często zjawia się na kartach jego powieści pani de Sévigné. To babka młodego Marcela pragnęłaby odbyć część drogi do Balbec końmi, by odtworzyć szlak podróży margrabiny; to w wagonie podsuwa wnukowi tom Listów, co daje raczej samemu autorowi niż młodemu chłopcu sposobność do oryginalnej analizy ich stylu i do krytyki banalnego stosunku większości czytelników do tego zjawiska. I jak Proust zna te listy! Są zwłaszcza pewne zdania, które mu zapadły w pamięć; cytuje je nie tylko w swoim dziele, ale i we własnych znów listach, np. owo wyrażenie pani de Sévigné o swoim synu, który „potrafi przegrywać nie grając, płacić nie wychodząc z długów i trwonić bez blasku”; parę razy matka mówi to do bohatera powieści, a parę razy sam Proust w listach powtarza to w odniesieniu do siebie.

Można powiedzieć, że stosunek do pani de Sévigné służy Proustowi niemal za kryterium dla człowieka. Kiedy zastawszy babkę Marcela z tomem Listów w ręku, pani de Villeparisis zdobywa się na parę słów o „przesadnej” miłości pani de Sévigné do córki, babka co prędzej odmienia temat nie chcąc rozmawiać o swoim ideale z osobą niezdolną go zrozumieć. Za to p. de Charlus, któremu Proust gotów jest wiele darować przez wzgląd na jego wrażliwość serca, rozumie doskonale uczucia parni de Sévigné, zna te uczucia, mimo iż zwrócone u niego do innych przedmiotów... Natomiast dla pedanta Brichot, dla modernistycznej snobki pani de Cambremer czar pani de Sévigné będzie martwą literą.

I w miarę tych refleksji uczułem się po trochu... babką Prousta. Sięgnąłem po osiem tomików pani de Sévigné, które z dawna gnuśniały u mnie w swojej cielęcej skórze na najwyższej półce pod sufitem. Odczytuję je od paru tygodni, znajdując w tym wiele rozkoszy. To przyjemne stare wydanie z r. 1775 jakże pachnie epoką — o wiek już późniejszą od samych Listów, ale jakże im jeszcze bliską, nawet w przypisach bezimiennego wydawcy, wśród których znajdujemy takie dokumenty płochej mądrości życia: „Utrzymują, że gdyby dwie bardzo się kochające osoby podjęły wspólną podróż w jednej lektyce, znienawidziłyby się w końcu z całego serca...” Pani de Sévigné uśmiechnęłaby się pobłażliwie do tego komentarza, bo miłej margrabinie, gorliwej chrześcijance i najprzykładniejszej wdowie, zdarzy się z rozbawieniem przytoczyć w liście wyznanie swojej znajomej, niejakiej pani de Marans, że „wolałaby raczej umrzeć niż oddać się człowiekowi, którego by kochała, ale gdyby spotkała mężczyznę, który by ją kochał i który by się jej podobał, wówczas, o ile by go nie kochała sama, byłaby gotowa...”

Dowiadujemy się z tegoż listu, że nawet La Rochefoucaulda zatknęło, kiedy usłyszał tę „maksymę”! Przelicytowano go w subtelności. Bo zważmy, ile zagęszczonych problemów psychologicznych mieści się w tym jednym zdaniu, będącym niby opiłkiem z wielkiego warsztatu duszopoznawczego, jakim był ów wiek XVII, a tym lepiej zrozumiemy, czemu ta pani de Sévigné, tak bliska Proustowi od dziecka, a kryjąca tyle niespodzianek, musiała mu być droga. Może jej właśnie, tej miłej margrabiny, szukał w swoich wędrówkach po salonach schyłkowego Faubourg Saint-Germain; ale spotkał tylko oschłą Orianę, pindowatą panią de Cambremer i parę innych. I zemścił się na nich za to, że nie były tą wielką damą wielkiego wieku, której kult wszczepiła mu babka...

Komedia słów

Jedną z zasadniczych idei Prousta jest nieprzenikalność światów w tym sensie, że każdy człowiek jest dla siebie odrębnym światem. Wszystko dochodzi do nas załamane przez jakiś pryzmat, wciąż zmieniający się zresztą, odmienny dla każdego. Ludzie ocierają się o siebie, spotykają się, żyją z sobą, mają złudzenie, że się znają, czasem, że się kochają, ale pozostają sobie, nawet w najbliższych stosunkach, zasadniczo obcy. I jak nie mają pozostać obcy, skoro jedynym prawie sposobem komunikowania się jest słowo, a owo słowo jakże jest grube, jak mało wyraża z istoty rzeczy. Język, zrodzony dla celów praktycznych, staje się tępy i mętny, gdy próbuje oddać myśli i uczucia. Jest przede wszystkim bardzo nieosobisty. Dotrzeć do własnej głębi, uzewnętrznić ją to sprawa ogromnego wysiłku! Potrzebę tego wysiłku odczuwał Proust jak mało który z pisarzy; trudność sprostania mu i żywe poczucie tej trudności kazały mu może tak długo odwlekać moment pisania, a samodzielność osiągniętego wyniku była może zrazu zaporą między nim a czytelnikami.