Zagląda przez boczne drzwi, trafia na chwilę, w której między jedną a drugą audiencją nie ma nikogo, i wpycha mnie bez żadnej zapowiedzi do pokoju ministra. Znajduję się naprzeciwko krępego mężczyzny w sile wieku, który patrzy na mnie, nie wiedząc, kto jestem, i w jakich zamiarach się tam znalazłem. Ja patrzę na niego. Patrzymy na siebie. Minister robi wrażenie człowieka nieludzko zmęczonego i wzburzonego zarazem, głowa mu się trzęsie, oczy ma nabiegłe krwią, wygląda na to, że miał przed chwilą jakąś bardzo niemiłą rozmowę, że krzyczał, może kogoś wyrzucił za drzwi i jeszcze nie przyszedł do siebie.
Sytuacja krótka, ale kłopotliwa. Szczęściem wpada do gabinetu Różyczka i widząc, co się dzieje, na gwałt zagaja: Mam zaszczyt panu ministrowi przedstawić... pan Boy-Żeleński... o którym pan minister...
Minister patrzy na mnie nieprzytomnie, oddycha ciężko i zduszonym głosem mówi: — Je sais... Je sais10...
Różyczka ciągnie swoją litanię dalej: — Który... którego... któremu... etc.
Minister wyciąga do mnie rękę: — Je sais... Je sais... Francja jest panu wdzięczna...
Patrzę na niego i żal mi go serdecznie. I myślę w duchu: czy to warto wybierać najzdolniejszych ludzi na ministrów, aby ich używać potem do takich zajęć? O, rozrzutna demokracjo!
— Francja jest panu wdzięczna...
Naraz błyska mu w zmęczonej głowie zbawcza myśl, temat do rozmowy:
— Niech pan przyjedzie w niedzielę do Lyonu. Patrzę niespokojnie na Różyczkę.
— Panie ministrze, powiada, pan Żeleński niestety nie może, jutro wyjeżdża do Alzacji, w sobotę ma być w Colmar...