Interesującym jest w ostatnich publikacjach udział kobiet poświęcających się studiom balzakowskim. Z dawna jedna z najlepszych prac balzakowskich była pióra kobiety, Genowefy Ruxton (La dilecta de Balzac); obecnie wystąpiły prawie równocześnie dwie miss: miss Floyd i miss Preston. Do mnie niedawno zgłosiła się młoda miss Jarblum z Łodzi, legitymując się listem rekomendacyjnym z Paryża: cóż za okrężna droga z Łodzi do Warszawy! Ciekawe losy pisarza: spowiednik serc kobiecych, który w ciągu życia otrzymał kilkanaście tysięcy listów od kobiet, później odstąpiony przez kobiety mężczyznom jako pisarz na wskróś „męski”, obecnie znów zaczyna wracać do kobiet, ale od innej strony. Owe „niezrozumiane” kobiety, których był pocieszycielem, stały się tymczasem literatkami: i znów Balzac jest ich ucieczką i pociechą, tylko na inny sposób.

Pierwszy wieczór

Przysiadłem przed kawiarnią „pod dwoma magotami”, gdzie mi naznaczył spotkanie pewien dziennikarz. Patrzę dokoła, jakże mi znane to wszystko. Kościół Saint-Germain-des-Prés, pomnik Diderota siedzącego w fotelu, tuż obok ulica Bonaparte i hotelik, w którym mieszkałem za pierwszym pobytem w Paryżu. Jak żywe stają mi w oczach te chwile. Przyjazd, pierwszy wieczór. Czym było wówczas dla młodego dzikusa pierwsze zetknięcie z „Babilonem”, to z trudnością można sobie wyobrazić dzisiaj. Życie pod wieloma względami wyrównało się ogromnie; oczywiście zewnętrznie. Automobile, kina, kawiarnie, reklamy, jazz, charleston, nagie tancerki, międzynarodowa Markita czy Walencja brzmi wszędzie ta sama, kobiety wszystkich miast zrobiły się podobne jak rodzone siostry, ta sama szminka, te same cieliste pończoszki, ta sama — prawie — swoboda i obojętność życia. Ale wówczas, przed ćwierćwiekiem, dla młodego chłopca przenieść się nagle w ciągu niewielu godzin z małego i cichutkiego szarego Krakowa do Paryża, to była feeria, to było zanurzenie się w świat tajemnicy, baśni.

Przybyłem późno wieczór, zajechałem do hoteliku, gdzie wiedziałem, że mieszka znajomy mój i powinowaty, młody malarz. Nie było go w domu. Zostawiłem oczywiście kuferek i puściłem się na Paryż, po omacku. Zabrnąłem w gąszcz ulic wiodących ku Sekwanie, mając ledwie ogólne pojęcie o kierunku. Słabo oświetlone wąskie uliczki, sędziwe mury. Pusto, cicho. Naraz wyszedłem na wolną przestrzeń, owionął mnie chłód wody, znalazłem się na Wybrzeżu, skąd rozpościerał się czarodziejski pejzaż Sekwany w nocy, z jej arkadami mostów, wzruszającym drżeniem świateł odbijających się w wodzie, czarnymi masami nadbrzeżnych gmachów. Przebyłem most, zapuściłem się w te czarne masy. Minąłem je, ujrzałem przed sobą długą jasną aleję, lśniącą mokrym asfaltem, puściłem się nią jak pielgrzym, nie wiedząc, dokąd wiedzie. Nie chciałem pytać nikogo o drogę, było coś miłego w tym błądzeniu po omacku, w tym odkrywaniu Paryża. Sen na jawie. Po jakimś czasie odgadłem, że jestem w samem sercu, na placu Opery, owym słynnym placu Opery.

Zgiełk, tłum, hałas oszołomiły mnie nagle; orgia świateł dokonała reszty. Był to wówczas początek nowoczesnych reklam; dziś zapewne wydałyby się skromne, wówczas były oślepiające. „Passez l’hiver à Pau, l’été à Aix-les-Bains23”, wrzeszczało światłem z ogromnego gmachu naprzeciw Opery: nigdy tej zdrowej rady nie mogłem wprowadzić w czyn, ale zapamiętałem ją dotąd. Czy może być lepszy dowód skuteczności reklamy?

Bulwary! Skręciłem w nie i dałem się nieść fali ludzkiej, ogłupiały, potrącany, zaczepiany przez przekupniów fotografii i przez dyskretne dziewczęta. „Apéritif”... raz po raz powtarzało się w ich propozycjach to nieznane słowo, dając mi uczuć niedostatek mego filologicznego wykształcenia. Arab w burnusie, Chińczyk, Murzynka, to znów polski język brzmiący na tych bulwarach jak egzotyczne narzecze... Terasy przed kawiarniami — w styczniu — rojne, nieskończony sznur dorożek, pojazdów, automobilów. Kwiaciarki, handlarze zabawek, krzyk gramofonów, różnojęzyczny szum, w którym dominowała jasna nuta paryskiej francuszczyzny. „Maryś, dziwujesz się?” przypominały mi się te słowa z sienkiewiczowskiego Za chlebem.

Trzeba wracać. Skręciłem znów w boczne uliczki, niewinnie jak dziecię: nie czytałem jeszcze dzienników, które by mnie uświadomiły o ich niebezpieczeństwach. Kontrast między hukiem i blaskiem bulwarów a sennym mrokiem ulic starego Paryża był przejmujący. Z przecznicy wysunęła się zupełnie stara, skromnie odziana kobieta, o wejrzeniu raczej czcigodnym. Viens chez moi, je serai bien polissonne24 — szepnęła do mnie. Upiór. Zląkłem się, zacząłem uciekać, straciłem kierunek. Brnąłem przez puste ulice zupełnie już na oślep. Bałem się. Wiedziałem, że aby dojść do domu, trzeba mi przebyć Sekwanę. — Monsieur, où est la Seine25? spytałem zapóźnionego przechodnia. Na to dość dziwne zapewne pytanie popatrzył na mnie podejrzliwie, wziął mnie może za kandydata na topielca. — La Seine est grande26, odrzekł wreszcie, wzruszył ramionami i odszedł. Z innym dogadałem się lepiej, pokazał mi kierunek. Znów znalazłem się na moście, jakże już kochałem ten Baudelaire’owski pejzaż z mroku, kamieni i światła. Już czułem się tutejszy. Dopytałem się ulicy i hotelu i znalazłem się u siebie. Malarz mój wrócił tymczasem. Oczywiście o pójściu spać nie było mowy, ja drżałem z ochoty zanurzenia się znów w Paryżu, on cieszył się przyjemnością oprowadzenia mnie po tym „piekle”.

I znów odbyliśmy tę samą drogę, przez mosty, przez Luwr, na bulwary. Już były puste, ale co kilkaset kroków wołały jakieś drzwi światłem. Olimpia! ta dawna, niepodobna do dzisiejszego banalnego dancingu, wydała mi się bajką wschodnią. Z pustej i ciemnej ulicy, po kilkunastu schodkach w dół, wchodziło się do sal natłoczonych, jasnych, z kilku stron brzmiała muzyka, pełno wymalowanych dziewczynek mówiących — po francusku. O cudny kraj, gdzie każda kokotka mówi językiem Verlaine’a, to uczucie raczej niż myśl napełniało mnie szczęściem. Siedliśmy w kącie sali przy szklance piwa, gawędząc z przystającymi na chwilę lub przysiadającymi dziewczynkami. Wydawały mi się takie grzeczne, takie dystyngowane. Nagle tumult w drugim końcu sali. „Cochons! cochons!27” woła publiczność, oburzona bardzo serio na jakąś parę; co robiła ta para, nie wiem, ale musiało to być coś szczególnego, aby wywołać tak żywiołowy protest bywalców Olimpii. I wiecie, jak zakończyła się historia? Garson przyniósł parawan i zastawił nim gorszącą parę.

Późno było, kiedyśmy się znaleźli znów na bulwarach. Pustka tych miejsc, naelektryzowanych gwarem, ma swoją wymowę. Malarz mówi: „Pokażę ci jeszcze coś”. Idziemy długo, przechodzimy znów jakiś most, jakiś plac, gdzie majaczą w mrokach wieże Notre-Dame, i kierujemy się za katedrą do małego budynku. Morga. Dziś podobno nie istnieje, wówczas wystawiało się tam trupy nierozpoznane; ci, którym ktoś bliski zginął, szli tam przede wszystkim go szukać. Trupy ustawione za szkłem, zamrożone, aby się nie rozłożyły. — Popatrz, wskazuje palcem mój towarzysz. Patrzę i ponad trupem widzę tabliczkę, anons opiewający, że ta sama firma dostarcza najlepszych maszynek do robienia lodów. Mrożonego trupa wyzyskano jako reklamę!

— „To masz Paryż! mówi mój przewodnik. A teraz chodźmy spać.”