Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęła się do kawiarni inwazja kobiet. Zdaje mi się, że to było w Secesji (róg Rynku i św. Anny), z jej tandetnym szykiem, muzyczką i w ogóle wiedeńskim stylem. Tam zaczęły chodzić rodziny i w ogóle damy. Natomiast stara kawiarnia Sauera (gdzie jeszcze królowa Jadwiga miewała randki z Wilhelmem, ale wtedy nie było tam kawiarni tylko dom Gniewoszów), na przeciwległym rogu Rynku, wciąż była męska. Aby iść umiarkowanie z duchem czasu, Sauer wprowadził pokoik, gdzie mężczyzna mógł pojawić się tylko o tyle, o ile towarzyszył damie. Koniec temu nonsensowi położył jakiś gość, który wszedł sam i zażądał herbaty. Przeproszono go, że nie wolno go obsłużyć, o ile jest bez damy. „A, tak?”, odpowiedział i wyszedł. Za chwilę wrócił z „protustką” (jak to nazywa Jakub Wojciechowski) z rogu, posadził ją naprzeciw siebie i rzekł spokojnie do osłupiałego kelnera: „Proszę o herbatę”.

Z tych kawiarni najruchliwszą i przez długi czas najbardziej „literacką” był Schmidt na roku Szewskiej i plantacji. Było tam nieprawdopodobnie brudno, bo właściciel, jako radny miejski, nie lękał się żadnych przepisów i inspekcji. Kiedy mu ktoś zwracał przyjacielską uwagę, że jednak warto by oddzielić kuchnię od klozetu i wprowadzić pewne elementarne ulepszenia, odpowiadał spokojnie: „Pełniej nie będzie”, pokazując gestem salę, w której w obłokach dymu istotnie była głowa przy głowie.

Potem Paon, o którym mówiłem już gdzie indziej. Zdziwi może kogo na rycinie, że w ogólnej sali jest zamalowane płótno, a w Paonie ściany są puste. Bo właśnie Paon był ucieczką od tego ogólnego płótna, którego demokratycznej pstrokacizny nie mógł znieść czciciel hierarchii w sztuce, Jan Stanisławski. W Paonie były tylko bloki z papierem rysunkowym, pastele i węgle pod ręką. Często nad ranem zaczynał tam robić swoje portrety Wyspiański. Tam pamiętam heroiczną scenę, kiedy Przybyszewski i Kasprowicz spotkali się pierwszy raz (tak to przynajmniej przedstawiał Przybyszewski, troszczący się w tym momencie o wszystko raczej niż o ścisłość historyczną), od czasu jak Jaś pasał gęsi w rodzinnym Szymborzu o miedzę od Łojewa, ojczyzny Stacha. Upili się oczywiście obaj jak nieboskie stworzenia; nie wiedząc już co robić z wzajemnej czułości, zamienili kamizelki jak bohaterowie Homera zbroje. Stach miał berlińską kamizelkę brązową ze złotymi guzikami na dwa rzędy, z której był bardzo dumny, ale oddał ją bez wahania. Kasprowicz chciał wymienić i pugilaresy, ledwo go przyjaciele powstrzymali, bo Kasprowicz, jadąc do Warszawy na odsłonięcie pomnika Mickiewicza, pugilares miał spęczniały banknotami, a nasz Stach, Boże zmiłuj się... Ale na jedno wyszło by Jasiowi, bo i tak wszystko w Warszawie przepił.

Czasem zaglądał do Krakowa i do Paonu Miriam, wytworny smakosz, który kunsztownie skomponowaną biesiadę zwykł był kończyć kieliszeczkiem crème de Mocca. Pamiętam scenę, jak Stach dawał restauratorowi Turlińskiemu skrócony kurs literatury polskiej.66 „Uważasz, robaczku, najsampierw idzie Jaś, taki wielki magnat polskiego słowa, taki sobie biedniuchny Syn ziemi, idzie sobie takim grzmiącym krokiem do nieśmiertelności. Uważasz robaczku: Jaś. No, Kasprowicz. — A, pan Kasprowicz, znam, znam, odpowiadał życzliwie Turul, pamiętny że w czasie przejazdu Kasprowicza pękło w Paonie ze dwadzieścia butelek szampana. — A drugi, uważasz, robaczku, taki wytworny książę kultury europejskiej, mag wiedzący wszystkie tajemnice, ten, co najsubtelniejsze włókna... No, Miriam!... (Barania mina Turlińskiego zdradzała wyraźnie, że ani w ząb nie wie, o kim mowa). No, Miriam, ten, co najsubtelniejsze włókna duszy... (Ta sama mina restauratora). I byłoby się tak ciągnęło długo, aż wreszcie znawca ludzi i napojów, Stasinek, zniecierpliwiony tym nieporozumieniem wynikłym jedynie z użycia niewłaściwego języka, rzucił tylko; „No, Turul, likier kawowy”... Oblicze Turlińskiego rozjaśniło się natychmiast wiedzącym błyskiem: „A, pan Przesmycki, znam, znam, oczywiście”... Bo Zenon Przesmycki był mu doskonale znany, ale nie jako mag, tylko jako smakosz.

Poczciwy Turliński, a jednak i on uległ czarowi atmosfery! Kiedym go spotkał „na wygnaniu”, we Lwowie, omal nie płakał wspominając krakowskie czasy. Wówczas Turliński prowadził we Lwowie kawiarnię Sztuka, niby to w duchu krakowskich tradycyj, i robił w niej dziwne cuda. Pozawieszał na ścianach rysunki z Paonu, o pewnej godzinie muzyczka grała pianissimo, światła gasły, ustępując miejsca czerwonym lampkom, robiła się cisza, i to się nazywało „nastrój”. Myślałem, że pęknę ze śmiechu, kiedym to ujrzał. I sam Turliński czuł różnicę... Toż samo kelner jego Jan, dla którego bruderschaft wypity z Przybyszewskim u Rozenstocka stał się głębokim wstrząsem psychicznym i przeanielił go w jakąś pół-fantastyczną postać. Tajemnicze są czary Sztuki!

Jan Apolinary

Po rozbiciu się Paonu, rój cyganerii przycupnął u tak zwanego Bodegi. Był to pierwotnie handel win południowych, w lokalu jak na Kraków dość egzotycznym, gdzie zamiast stolików były beczki i gdzie szynkowano na czczo Marsalę, Taragonę i Xeres. Ta nowość się nie przyjęła, Bodega zbankrutowała; kupił ją jakiś Czech, aby Marsalę zastąpić piwem, a Xeres kiełbaskami z chrzanem, o wiele lepiej udającymi się w naszym klimacie. Podawano tam i cienkusz austriacki, w osobliwym szklanym naczyniu z kurkiem, nazywanym przez cyganerię hegarem. „Obniżyć, obniżyć krtań”, takie było tam zagadkowe hasło, powtarzane przez obecnych chórem, w chwili gdy jeden z nich wypróżniał spory puchar wódki. W Bodedze królował Kasper (Żelechowski), malarz popularny dla swoich fenomenalnych talentów mima i komika. Miał ogromny repertuar komponowanych przez siebie numerów: dziś żyłby z tego jak książę w jakim Quiproquo, wówczas dopłacał życiowo do tego talentu. Wymowny przyczynek do tego, co wprzód mówiłem na temat produktywności i nieproduktywności. Talenty jego były dla Kaspra zgubą; niezmiernie towarzyski, najlepiej wyżywał się w knajpie; potrafił po parę dni nie sypiać w domu, wobec czego budziła wesołość wisząca u niego w mieszkaniu wielka karta z napisem: Dom to wszystko. Otóż, aforyzm ten miał wyrażać, że to, co Kasper daje żonie na „dom”, obejmuje już wszystko, i żeby mu poza tym nie suszyła głowy.

Nieodłącznym przyjacielem Kaspra był przygłuchy malarz Stroynowski, zawsze poważny, nawet wtedy kiedy, pijany w sztok, w lokalu z „damską kapelą” Benzaka, ściągał na ziemię obrus z całym nakryciem, koledze zaś, który go chciał powstrzymać, odpowiadał spokojnie i z wolna: „Nie przeszkadzaj, bo pyski zbiję; nie jestem dziecko, wiem, co robię”; po czym najpoważniej kończył, wśród przeraźliwego brzęku talerzy, dzieło zniszczenia.

Bądź co bądź, po dytyrambie Paonu wszystko to zdawało się ubogie i szare. Po trosze młodzi malarze uciekali na wieś, do Bronowic, gdzie od kilku lat siedział, wżeniony w „króla Piasta”, Włodzimierz Tetmajer. W dzień malowali, wieczorami zbierali się u Włodzia lub w karczmie na „kurdesze”; bywało tam wesoło. Z tego wynikło później małżeństwo Rydla i jego literackie konsekwencje.

Ale już tworzył się nowy ośrodek życia w cukierence, która później miała się stać bardzo głośna, w Cukierni lwowskiej Michalika, przy ulicy Floriańskiej l. 45. Kim był jej założyciel, Jan Apolinary Michalik, o tym objaśnia monografia cukierni, której autor podpisał się skromnie Zenon. Trzeba by z kolei objaśnić w kilku słowach, kto jest Zenon.67 Każdy Krakowianin znał malowniczy zaułek ulicy Pijarskiej, gdzie w parterowym oknie dość niepokaźnego domu stale widniała karta: Potrzeba kilku dziewcząt zaraz. To był istniejący do dziś prastary zakład litograficzny Zenona Pruszyńskiego, zarazem uczonego numizmatyka i zbieracza. Litografia Pruszyńskiego była przez wiele lat żywym ośrodkiem, zwłaszcza że jej właściciel, entuzjasta sztuki, szedł na rękę wszelkim poczynaniom artystów. Stamtąd wychodziły „Teka Melpomeny”, „Chochoł”, „Liberum Veto”; tam odbijały się (gratis) słynne „zaproszenia” Zielonego Balonika. Bo nie było większego patrioty krakowskiego kabaretu nad Zenona, który do dziś, przez dwadzieścia pięć lat, przychodzi co dzień do Michalika na kawę i siada dla tradycji przy stoliku „malarskim”, obchodząc po kolei sumiennie wszystkie dziesięciolecia, piętnastolecia etc.