Piosenka miała jeden magiczny skutek: im była udatniejsza, tym więcej wykwitało na stołach flaszek szampana. Można by przypuszczać, że rzeczy martwe mają swoją inteligencję i że te dostojne butelki wiedziały, kiedy warto się pojawić. Czasami tłoczyły się gromadnie. Jakim cudem się to działo w tym ubożuchnym Krakowie, sam nie wiem, ale po Szopkach zwłaszcza żłopało się szampan jak wodę. Ziściła się Pieśń szampańska Edwarda Leszczyńskiego, wieszczo zrodzona o wiele wcześniej, przy stoliku malarskim, który wówczas nie znał jeszcze innego napoju prócz wiśniówki:

„Oto jest pieśń, co się śmieje, oto jest pieśń wyuzdana; rodzi się, nim kogut pieje, noc w noc, z wystrzałów szampana... I tańczy w bachicznym szale, i tańcząc gwiazdami brzęczy; z nogi jej w tańca zapale, opadła podwiązka z tęczy”...

Kochany Edzio Leszczyński!78 Figura jakby żywcem przeniesiona z epoki Musseta czy Teofila Gautier. Najleniwszy z poetów, o którego duszę walczyły z poezją fortepian, papieros i filozofia ścisła, destylowana zresztą raczej w dym i marzenie. Jego Kabaret szalony, wiersz napisany do obrazu Sichulskiego (malowanego na niezagruntowanym prześcieradle) jest jedną z najładniejszych pamiątek owych lat balonikowych.

Mój Boże! Dwadzieścia pięć lat minęło od tych czasów, a wspomnienie ich zostało w uczestnikach jakże żywe! Dotąd dostaję z Kowna listy od prof. Herbaczewskiego, w których nasz Józef Albin komentuje swoje występy, niepokojące wówczas nawet nas swoim kopro-mistycyzmem. Herbaczewski79 uważa, że przed laty nie został zrozumiany, że był prorokiem futuryzmu literatury, a zwłaszcza prozy polskiej. Na poparcie swoich rewindykacji przytacza taki swój wiersz: „Z ponuro-łojowych łąk — wychodzą tanie nimfy — i wśród ojojowych mąk — rzucają brzanie tynfy”. Kończy zaś swój długi list słowami:

„Kończąc moją proklamację, pozwalam sobie prosić was, polscy koledzy, abyście mnie nie odsądzali od czci i wiary za to, że jestem pokłócony (zresztą b. serdecznie, mam nadzieję chwilowo) z politykami Wolnej Polski! Pamiętajcie, że chcę być waszym serdecznym przyjacielem, i jednego tylko pragnę, aby wszystkie narody nauczyły się największej sztuki — sztuki wzajemnego przebaczania!... Upewniam was, koledzy, że w Zielonym Baloniku (gdyby dziś istniał) Polacy z Litwinami prędzej by się pogodzili, aniżeli dziś przy Zielonym Stoliku. A więc niech żyje tradycja krakowskiego Zielonego Balonika!”

Pewno, że by się pogodzili! Może by się znów pokłócili na drugi dzień, ale za to już Balonik nie odpowiada. Nie takie rozdźwięki tam się załatwiało. Było to niby święto saturnaliów; co kto miał na wątrobie przeciw drugiemu, mówił mu w żywe oczy. Opowiadałem gdzie indziej o przyjęciu Jana w dwóch osobach Styki8081. Młodzi uczniowie gadali swemu profesorowi Stanisławskiemu najcięższe rzeczy, co mu sprawiało perwersyjną radość. Bo może tajemnym cierpieniem Stanisławskiego było to, że nigdy nie spotykał oporu, wszyscy się go bali. Tutaj łykał wymyślania, zarzuty, obelgi niemal, z rozkoszą. I w ogóle nikt tak się nie umiał rozkoszować atmosferą Balonika jak Stanisławski. W momencie ekstazy formułował to wielokrotnie powtarzanym wykrzyknikiem: „Noo! niechże się cesarz Franciszek Józef potrafi tak bawić!” W istocie, nie ma dwóch zdań, Franciszek Józef na pewno by nie potrafił... Pamiętam raz taką scenę, jak przy pianinie ktoś — nie wiem już, Lulek Schiller czy Noskowski — grzmi Warszawiankę, cała sala śpiewa chórem, a olbrzymi Stanisławski, z lagą w garści, z krwią nabiegłymi oczami, komenderuje zdobyciem Olszynki. Biedny grubas, obawiam się, że mu to wszystko ukradło parę lat życia, bo kiedy wpadł w zachwyt, nie chciał nic wiedzieć o przestrogach lekarza. Umarł w drugim roku Balonika; jeszcze na dzień w którym skończył, od dawna przykuty do łóżka, zamówił sobie Trzcińskiego i Frycza82, żeby mu pokazali ostatni program.

A cóż dopiero mam powiedzieć o sobie? Żyłem od dziecka w środowisku artystycznym; przebyłem po kolei wszystkie krakowskie skupienia literackie; i raczej odstręczyły mnie one od literatury. Dopiero ta igraszka, w której gwizdało się na wszystko, co jest „literaturą”, wyzwoliła we mnie instynkt pisarski. Składałem piosenki i wiersze w wesołości ducha, dla zabawy jednego wieczoru, bez myśli o druku. Pierwsze wydania tych moich utworów, to były odbitki hektograficzne, sporządzane dla słuchaczy michalikowych, gdy nie mogłem nastarczyć prośbom o odpisy. Zielony Balonik zrobił mnie — ot tak, od niechcenia — pisarzem83; mogę zresztą z czystym sumieniem powiedzieć, że mu się wypłaciłem; wypełniałem w nim dobrą połowę repertuaru, przedłużyłem o kilka lat jego istnienie. Zeszłoroczne „jubileuszowe” wydanie Słówek musiałem już opatrzyć historycznym komentarzem, tak bardzo te ulotne Słówka przetrwały nastroje i wydarzenia, z których się zrodziły. Dreszcz mnie przejmuje czasem, gdy sobie wyobrażę, co by się ze mną stało, gdybym w danym momencie — już jako trzydziestoletni lekarz — nie znalazł tej atmosfery. Bo nic fałszywszego, niż często spotykany komunał, że wszelka zdatność czy powołanie muszą sobie wcześniej czy później znaleźć drogę. To jest tak, jakby powiedzieć, że każde ziarno musi zejść, bez względu na to, czy padnie na asfalt, czy na glebę. Całkiem przeciwnie, jestem przekonany, że świat jest pełen ludzi, którzy nie odnaleźli siebie samych i którzy cierpią, często nie wiedząc od czego. Zwłaszcza w ówczesnych warunkach życia. Biedny mój brat, tzw. Edziula, który skończył samobójstwem, był — jestem przekonany — takim człowiekiem, takim artystą, który się nie odnalazł. Jedyne chwile, gdy ten mimowolny urzędnik bankowy odżywał, to były wieczory Balonika, którego był generalnym sekretarzem, archiwariuszem, aktorem dell’arte i niezmordowanym przy pianinie grajkiem.

Bo pianino nie cichło tam nigdy. Co jeden odpadł bez tchu (bo to było już nie granie, ale furia opętańcza), natychmiast zastępował go drugi. Zmagały się z sobą murzyńskie cake-walki, azjatyckie tańce brzuchem, i przekorne krakowiaki, i kunsztowne wariacje na temat melodii paryskich. Czasem mieszała się w to murarska harmonija Kaspra, czasem (bardzo rzadko) wystrzał z rewolweru, wciąż brzęk szkła, pękanie baloników i huk ludzkich głosów. Ale kiedy pianino umilkło bodaj na chwilę przy luzowaniu się grajków, czuć było coś niesamowitego w powietrzu. Jakiś niepokój ścinał wszystkie twarze. Jak gdyby lęk, że wedrze się przez mury upiorny hejnał mariacki.

Wielki Kraków

W szeregu felietonów, którym oto pragnę dać zwięzłą konkluzję, odmalowałem przemiany, jakim uległ dawny Kraków w ciągu lat kilkunastu. Miasto, o którym wprzódy przejeżdżający do wód warszawiak mówił lekceważąco; „Kraków? Co to jest Kraków? Ot, Sukiennice i Hawełka”, stało się czymś, co zaczęło niepokoić, intrygować całą Polskę. Legendą stał się Pawlikowski i jego teatr. Legendą Paon i jego sabbaty. Tu warto zanotować jeden epizod. Pod wpływem dziwnych wieści, zjechali z Warszawy do Krakowa, niby dwaj rewizorzy, Piotr Chmielowski i Antoni Sygietyński, uprzedzeni bardzo niekorzystnie, zaniepokojeni pogłoskami, że Przybyszewski „rozpija młodzież”. Zaszli do Paonu i, powitani tam serdecznie... dowiedli, że in puncto alkoholu, krakowskie dzieci szatana były istotnie dziećmi wobec wyczynów uspołecznionych warszawiaków. Nad ranem, dwóch rewizorów, wpół żywych, trzeba było odwieźć do hotelu; ale wyjechali uspokojeni...