Pociągnął ją za rękę i posadził przy sobie. Miał twarz nieco zmęczoną, lecz jego szare głębokie oczy uśmiechały się serdecznie i ciepło.
— Pawle, jak dobrze, żeś już wrócił. Jak to dobrze!... — Obu rękami głaskała jego rękę.
— I ja się cieszę. Jestem diabelnie zmęczony.
— Pewno jesteś głodny? — zerwała się. — Każę ci przygotować...
— Stop, kochanie — przytrzymał ją za rękę i roześmiał się swobodnie tym swoim kochanym niskim głosem. — Widzę, że obudziły się w tobie instynkty gospodyni, panie inżynierze! Ależ nie wstydź się! To jest czarujące, zapewniam cię, że sprawiło mi to wielką przyjemność, czuję się jakby w przystani po tej wariackiej włóczędze.
— Ale nie jesteś głodny?
— Nie. Jadłem w wagonie restauracyjnym. Natomiast wypiłbym szklankę czerwonego wina. Jeżeli nie zmieniłaś tu porządku, to w kredensie z lewej strony musi być butelka Charmes-Chambertin155...
Nim skończył mówić, wybiegła.
— Halo! — krzyknął za nią. — Halo, a nie mów nikomu, że jestem!...
Wróciła, stanęła w progu i skinęła głową. Siedział uśmiechnięty z łokciem opartym o poręcz, bezpieczny, silny, pewny siebie, taki jak zawsze. Jakie to szczęście, że już się skończyły wszystkie obawy, że już jest tutaj...