— No i na którą z tych sukienek zdecyduje się pan wreszcie?
Dopiero teraz zauważył, że stoi przed wystawą kobiecych sukien. Dziewczyna była szelmowsko swobodna i mówiła wybitnie marsylskim akcentem. Pawłowi zdawało się, że kiedyś ją widział lub znał inną bardzo do niej podobną.
— Cóż tam dobrego w Marsylii? — zapytał prawie życzliwie.
— O la la — wydęła usta — jaki pan dowcipny. Niby wielka sztuka poznać, że jestem z Marsylii.
— Wypilibyśmy może szklankę czegoś lepszego? — zaproponował bez nacisku.
Potrząsnęła głową:
— Nie będę panu przeszkadzać, ale ja wolałabym zjeść coś smacznego w pańskim towarzystwie.
— Dobrze.
Bez ceremonii wsunęła dość dużą rękę w czarnej rękawiczce pod jego ramię i powiedziała:
— Więc miałam rację, że pan jest Amerykaninem?