Nazajutrz Tolewski oświadczył, że pan Jachimowski rozumie, że pośpiech musi go kosztować, i gotów jest do dalszych ustępstw. Na oburzenie Wenzlowej Tolewski skromnie zauważył, że jego zdaniem Wenzlowa zrobiłaby dobry interes. Cenę Jachimowskiego można bowiem zbić bardzo nisko, bo wszyscy mówią, że tam grozi plajta.
Bezpośrednim następstwem tej uwagi był długi atak spazmów117. Tolewski dowiedział się, że jest ostatnim idiotą, kretynem, cymbałem, że ją zrujnował, że przez takiego głupca, jak on, przyjdzie się jej z torbami pójść, że gdyby nie Tolewski, ona nigdy by nie kupiła udziałów od starego Dalcza itd.
W jednym tylko przyznała Tolewskiemu rację: że nie należy o zbliżającej się plajcie nikomu mówić, bo jeszcze może znaleźć się ktoś, kto nabierze się i udziały odkupi, ktoś, komu będzie je można wkręcić bodaj z dużą stratą.
— Więc będzie baba milczała? — zapytał Paweł, wysłuchawszy szczegółowego sprawozdania.
— To murowane, panie dyrektorze. Jak pan widzi, robię wszystko według, che... che... zasad sztuki.
— Nie pożałuje pan tego.
— Jeżeli się uda...
— Musi się udać i zostanie pan posiadaczem ładnego pakietu udziałów. Jeszcze jedno. Czy Wenzlowa czytuje dzienniki?
— Naturalnie, panie dyrektorze, bo co?
— No, ale biuletynów różnych agencji na pewno nie czyta?