— Swoim niezgrabiaszostwem179 — powiedział, oddając Jachimowskiemu jego pieniądze — popsułeś mi diabelnie cenę. Tolewski zwąchał, co piszczy w trawie, i zamiast sześćdziesięciu musiałem zapłacić sto tysięcy, a ponieważ takiego kapitału nie miałem w gotówce, musiałem pożyczyć. Chyba nie będziesz ode mnie wymagał, bym wobec tego dopuszczał cię do spółki na te głupie piętnaście tysięcy.
Jachimowski wszedł do jadalni i z wyrazu jego twarzy Paweł wywnioskował, że oczekuje jakiejś korzystnej propozycji.
— Siadaj — wskazał mu krzesło.
Jachimowski usiadł bokiem przy stole i podciągnął nogawki spodni.
— Wypiję filiżankę kawy — powiedział lokajowi.
Gdy służący wyszedł, Paweł odezwał się tonem współczucia:
— Jesteś haniebnie nieostrożny.
— Co przez to chcesz powiedzieć?
Paweł podsunął mu cukiernicę:
— Pozwolisz?