Wychodząc, kupił jeszcze butelkę czystej i poszedł do domu. Skręcił właśnie w Żelazną, gdy natknął się na inżyniera Karliczka. Był usposobiony tak wojowniczo, że niemal go potrącił i niedbale dotykając palcami do daszka, bąknął: „Szanowanie”.
— Cóż się tak zataczacie, Feliksiak, urżnęliście się? — zapytał Karliczek.
— Dlaczego nie. Bezrobotny jestem. Wolno mi.
— Jak to bezrobotny? Znowu was wyleli200? — Karliczek uczuł przypływ sympatii do Feliksiaka. Znał go dobrze, gdyż jego częste awantury były dość popularne w fabryce, a o szczególnej protekcji, którą ten ślusarz cieszył się u zwierzchników, różne chodziły wersje.
— Wyleli, ale przyjmą mnie, jak tu przed panem stoję. Nie taki ja jestem, żebym każdemu dał sobą przewodzić. Mogę i sam wpaść, ale i wielki pan Dalcz pójdzie do kryminału...
Karliczek spojrzał nań uważnie i odciągnął pod ścianę:
— Paweł Dalcz? — zapytał.
— Nie, ten laluś Krzysztof Wyzbor-Dalcz. Dwa nazwiska ma, to myśli, że nie wiem co, a ja mu jeszcze pokażę!...
Podniósł pięść i pogroził nią sobie przed nosem. Karliczek spojrzał na zegarek:
— Wiecie co, Feliksiak, że ja z wami chętnie bym o tym pogadał. Tylko teraz czasu nie mam. Macie tu mój bilet wizytowy i wpadnijcie do mnie choćby jutro.