— No i cóż?... Uszczęśliwiłaś zakochanego młodzieńca?
Marychna poczerwieniała i spuściła oczy.
— O!... Może i sama w nim zakochałaś się?... Zmizerniałaś. Od miłości podobno się chudnie. Tak zapewniają fachowcy... Nic nie mówisz?
— Wcale się nie zakochałam...
— A pamiętałaś o moim istnieniu?
Podniosła oczy i powiedziała cicho:
— Bardzo.
Potrząsnął głową i wypuściwszy w górę strugę dymu, zawyrokował:
— To źle świadczy o talentach mego stryjecznego brata. Powiedz mi tak szczerze: niedorajda z niego, co?
Marychna zaśmiała się nieszczerze: