— Syn?... To pan Zdzisław? Jakoś głosu nie poznaję... — ociągał się lokaj.
— Nie Zdzisław, cymbale, a Paweł.
— Bardzo przepraszam, ale to chyba pomyłka. Tu jest mieszkanie państwa Dalczów.
— Powiedz pani, że dzwoni pan Paweł. Czy długo mam jeszcze z tobą rozmawiać? — zawołał już poirytowanym głosem.
„Służba tu nawet nie wie o moim istnieniu” — pomyślał z jakąś złośliwą satysfakcją.
W tejże chwili usłyszał w telefonie głos matki: wybuchła potokiem egzaltowanej71 radości. Jaki on dobry, że przyjechał, jaki kochany, że nie zostawia ich w nieszczęściu. Co ona biedna zrobiłaby bez niego!
— Mamo — przerwał sucho — po pierwsze mów po angielsku czy po francusku. Po drugie jestem bez grosza i nie mam możliwego72 ubrania. Przyjść do ciebie nie mogę, bo nie chcę w tym stanie prezentować się całej tej twojej rodzince ani służbie...
— Ależ ja jestem w domu sama, a służbę mogę wyprawić. Osobiście otworzę ci drzwi, tylko zaraz, błagam cię, przyjeżdżaj.
— Jak to sama? Przecie musi tam być tłok. Ciało chyba jeszcze jest w domu?
— Nie, na szczęście nie. Umarłabym ze strachu, przecie wiesz, jak bardzo trupów się boję. Zabrali do prosektorium. Co za kompromitacja! Co za skandal! Nigdy mu tego nie daruję. Żeby człowiek w jego wieku mógł popełnić podobny nietakt i popełnić samobójstwo, i to w taki wstrętny sposób!...