Do telefonu podszedł, jak zwykle w tym domu, Blumkiewicz. Potwierdził, że pan Krzysztof jest chory, nic poważnego, ale leży w łóżku, natomiast pan prezes prosi pana dyrektora do siebie.
Za furtką w sztachetach zaczynał się ogród zasypany niemal do wierzchołków agrestu śniegiem. Ścieżka prowadząca do willi była rozczyszczona110, jak co dzień dla Krzysztofa, dziś jednak Paweł na niej pierwsze stawiał ślady.
W przedpokoju spotkała go pani Teresa.
— Jestem zaniepokojony, stryjenko, chorobą Krzysia. Blumkiewicz twierdzi, że to nic poważnego?...
— Zdaje się, że zwykłe zaziębienie. Dziękuję ci, Pawle. To prawdziwe szaleństwo z jego strony jeździć przy takiej pogodzie otwartym autem.
— Na miły Bóg, czemuż nie bierze dyrekcyjnego111! Ja go prawie nie używam. Czy mogę Krzysia odwiedzić?
— Nie, nie — jakby zaniepokoiła się pani Teresa. — Może to coś zaraźliwego...
— To drobiazg, stryjenko, nie boję się.
— Zresztą Krzyś teraz śpi, a nie chciałabym go budzić.
— No, oczywiście — zrezygnował Paweł. — A do stryja można?