Już dawno przebrzmiał ostatni chrapliwy dźwięk syreny fabrycznej, gdy Paweł wraz z Karliczkiem przeszli do biura handlowego. Wśród brzęku kluczy otwierały się szafy i szuflady, terkoczący hałas rolet drewnianych, amerykańskich szafek mieszał się z szybkim szelestem papierów.
Woźny, stojący przed drzwiami, zatrzymał sekretarza Holdera:
— Pan dyrektor nie kazał175 nikogo wpuszczać.
— Co, Józef zwariował? Ja mam pilną korespondencję!
— Nie kazał. Bardzo przepraszam, ale jak pan sekretarz chce, to niech wejdzie na własną odpowiedzialność.
W tej właśnie chwili otworzyły się drzwi. Wyszedł Paweł z plikiem papierów w ręku. Za nim ukazał się inżynier Karliczek, czerwony jak burak.
Paweł na korytarzu przejrzał i podpisał korespondencję, mruknął „do widzenia”, nałożył futro i zbiegł ze schodów.
Miał wszystko, czego się spodziewał.
— Do domu — powiedział szoferowi.
Natychmiast po przyjeździe wytelefonował176 Jachimowskiego, zaznaczając, że sprawa jest bardzo pilna.