— Proszę rozejść się, panowie — stanowczym tonem rozkazał Paweł.

Właśnie rozstępowali się, gdy od drzwi rozległ się głos Holdera:

— Brać go.

Dwaj barczyści robotnicy bez słowa skoczyli ku Karliczkowi. Chwila szamotania się i napadnięty leżał na ziemi. Kilka kopnięć, przekleństw i stęknięć.

— Wyrzućcie to ścierwo za drzwi! — podniesionym głosem powiedział Paweł.

— Puść mnie — charczał Karliczek — sam wyjdę.

— Po co pan inżynier ma się fatygować — uprzejmie zaśmiał się jeden z robotników. — My pana i tak grzecznie wyniesiemy na zbitą mordę.

Próbował znowu bronić się i rozkrwawił sobie nos o podłogę, a następnie rękę o drzwi. Olbrzymim cielskiem wstrząsało szlochanie, co rozpaczliwym odruchom obrony dodawało pozoru konwulsji.

— Jeszcze porachujemy się, panie Dalcz, jeszcze porachujemy się — dolatywał jego ochrypły głos z korytarza.

Wkrótce wszystko ucichło. Paweł uśmiechnął się do zemocjonowanych maszynistek i kazał woźnemu przynieść futro.