— W ogóle, wuju, szalenie mi się podobasz.

— Może zakochasz się we mnie?

— Nie — odpowiedziała po sekundzie zastanowienia. — Jesteś dla mnie za duży, za obcy. Nie potrafiłabym dosięgnąć do twoich zainteresowań. Ja, widzisz, bliższa jestem temu prostemu życiu. A ty operujesz w jego najbardziej złożonych formach. Czuję się przy tobie tak jak, powiedzmy, samotny marynarz na olbrzymim okręcie. Sam nie jest w stanie kierować nim ani nawet go poznać.

Paweł pomyślał, że ta mała ma bardzo ciekawy umysł, że nie spodziewał się po niej tak oryginalnych bądź co bądź poglądów i że warto zająć się nią bliżej.

— Jestem stworzona do jakiejś skromnej, małej łódeczki — mówiła. — I z tą może bym sobie dała radę nawet wśród burzy. Tak przynajmniej zdaje mi się teraz.

— W każdym razie — podchwycił — gdybyś na swojej łódeczce czuła się zagrożona, pamiętaj, że stary okręt chętnie zawsze pośpieszy na pierwszy sygnał SOS!

Wstała i wyciągnęła doń ręce:

— Jak to dobrze, że my się lubimy. Prawda, wuju?

— Prawda, Nito.

Nie używała żadnych perfum, a przecież pozostał po niej w salonie jakby zapach świeżości. Paweł siedział bezczynnie i długo nie zapalał papierosa. Gdy w przedpokoju prosił ją, by od czasu do czasu wstąpiła doń na pogawędkę, w jej odpowiedzi wyraźnie zabrzmiało zadowolenie, nie, to nie było zadowolenie, lecz — szukał definicji — może było to ciepło?... I nagle prawie fizycznie uczuł chłód.