— Nie. Nazywaj mnie tak, jak dawniej...

— To byłoby prawie perwersyjne278.

Zaśmiał się, lecz nie zdołał wywołać uśmiechu na twarzy Krzysztofa. W ogóle odkąd go poznał na pogrzebie ojca, nie widział nigdy, by się uśmiechał, jeżeli nie brać pod uwagę uśmiechu ironicznego. Przypomniał sobie, że i Marychna to zauważyła, bo kiedyś, jeszcze przed wyjazdem do Szwajcarii, dziwiła się temu.

— Usiądź. Muszę teraz innymi oczyma przyjrzeć się tobie. Jesteś moją nowo narodzoną kuzynką. Wyobrażam sobie, jak ślicznie wyglądałabyś we właściwszym dla ciebie stroju. Czy nigdy nie nosiłaś sukni?

— Nigdy.

Powiedziała to tak smutnie, że aż się zdziwił:

— Dlaczego więc tego nie zrobisz? Przecie przynajmniej za granicą mogłabyś być sobą.

— Nie wiem, nie potrafiłbym już chyba. Nawet mówić o sobie jako o kobiecie nie umiem...

— I źle ci z tym?

— Dajmy temu spokój. Chciałeś, bym przyjechał. Czy masz jakieś dyspozycje?