W poczekalni zastał kilku interesantów, lecz oświadczył im, że dzisiaj absolutnie nie będzie miał dla nich czasu. Byli to petenci w jakichś drobnych sprawach.

W gabinecie Krzysztofa zastał tylko Marychnę. Od czasu wyzdrowienia ani razu nie zdarzyła mu się sposobność spotkania jej sam na sam, nie szukał zresztą tej sposobności po prostu dlatego, że zapomniał o jej istnieniu. Widocznie Marychna nie zapomniała jednak o nim. Zrobiła się różowa jak piwonia i machinalnie poprawiła sobie włosy.

— Pan Krzysztof jest jeszcze w fabryce? — zapytał Paweł.

— Tak jest, wyszedł do modelarni... Ale zaraz ma wrócić, w tej chwili ma wrócić...

Paweł roześmiał się:

— Na pewno w tej chwili?

— Tak mówił — spuściła oczy.

Paweł zbliżył się do niej i pogłaskał ją po twarzy takim ruchem, jak się to robi z dziećmi:

— Więc mam na niego poczekać?... No, cóż u ciebie słychać, Marychno? Jak ci się powodzi? Myślałaś pewno, że przejadę się na tamten świat? Ale widzisz, diabli nie śpieszyli się po moją duszę. I tak wierzą, że im nie ucieknie.

— To było straszne... Tak się bałam o...