— Ty, wuju, też powinien byś się przespać. Wyglądasz bardzo mizernie.

— Ach! — machnął ręką Krzysztof. — Mam jeszcze tyle roboty w fabryce. Dziękuję ci bardzo i już nie będę cię zatrzymywał. Odwieziesz mnie przed gmach Zarządu?

— Ależ z przejemnością.

Gdy wsiedli do samochodu, Nita wzięła Krzysztofa za rękę i powiedziała:

— Ciebie, wuju, bardzo dużo kosztowała ta śmierć. Ja nie wiem, jak ci wyrazić to, co dla ciebie czuję... Zapewniam cię, że nie ma na świecie nikogo, komu bym tak dobrze życzyła, jak tobie... Lepiej niż sobie samej...

Krzysztof słyszał te słowa i rozumiał ich treść, lecz nie stać go było na żadną odpowiedź. Cała jego uwaga skoncentrowana była na myśli, że wejdzie za chwilę do gabinetu i że na biurku znajdzie list albo przynajmniej depeszę od Pawła. Pożegnał się też z Nitą machinalnie i szybko wbiegł na schody. Ktoś go zaczepił w poczekalni, lecz nawet nie dostrzegł, jak wygląda.

— Później, później — powiedział — teraz nie mam czasu...

Na biurku nie było ani listu, ani depeszy. To prawie nieprawdopodobne! Przecie czy w Hamburgu, czy w Manchesterze, czy w Londynie musiała go dojść wiadomość o śmierci i o dacie pogrzebu. A może on jest chory?...

Wyobraźnia szybko podsunęła obraz: biały pokój szpitalny, wąskie łóżko i chuda pożółkła twarz z zamkniętymi powiekami, taka sama, jak wówczas po napadzie...

— Co się z nim dzieje, co się z nim dzieje?...