Zadzwonił telefon. To Blumkiewicz informował Krzysztofa, że wszystko zostało załatwione i że do pani Teresy wezwał znowu lekarza, gdyż ponownie popadła w omdlenie.

— Dobrze. Zaraz przyjdę — zmęczonym głosem odpowiedział Krzysztof i położył słuchawkę.

W poczekalni zastąpił mu drogę ten sam młody robotnik, którego wpierw ledwie zauważył.

— Panie dyrektorze, ja muszę z panem się rozmówić...

— Teraz nie mam czasu — niecierpliwie odpowiedział Krzysztof. — Niech pan przyjdzie jutro po południu.

Zrobił krok naprzód, lecz robotnik zasłonił sobą drzwi:

— Jutro to już ja pójdę gdzie indziej, panie dyrektorze. Ja dość mam tego...

Krzysztof odstąpił zdumiony. Nigdy dotychczas żaden z robotników nie odzywał się doń w sposób tak prowokacyjny. Dopiero teraz przyjrzał się natrętowi: szczupły brunet o ponurym wyrazie twarzy, ubrany odświętnie, z melonikiem w ręku.

— Czego pan sobie życzy?

— Czego sobie życzę?... — uśmiechnął się ironicznie. — Ano, pan dyrektor mnie nie zna? Nazywam się Feliksiak.