— Ooo! — zawołała i całą postacią podała się ku niemu.
Otoczył jej plecy ramieniem, a ona rzuciła mu ręce na szyję.
Przez cieniutką koszulkę czuła na skórze mocny, a łagodny jego uścisk, na ustach, na oczach, na policzkach znowu te same pocałunki, dziwne, oszołamiające, a przecież mające w sobie coś, czego nie mogła nazwać odrazą, a co jednak opanowywała z trudem. Jej usta błądziły po jego twarzy gładko wygolonej, jak atłas miękkiej... po jego wargach mocnych, jędrnych i gorących...
Nagle cofnął się i stanął wyprostowany, wbijając w nią wzrok płonący i nieznośnie ciekawy. Oboje dyszeli głęboko, przyśpieszonym rytmem.
— Panno Marychno — powiedział — nie warto, nie trzeba mnie lubić. Nie zasługuję na to. Proszę pamiętać, że powiedziałem to pani. Może... może na nic, poza współczuciem, nie zasługuję... Proszę pamiętać!
W jego głosie zabrzmiało coś jakby groźba i taki bezbrzeżny smutek, że Marychnie ścisnęło się serce:
— Ja pana kocham — szepnęła, zamykając oczy. — Ja pana bardzo kocham...
— Co pani powiedziała? — zapytał jakby z przestrachem.
— Czyż pan nie wie, że ja pana kocham?! Czyż pan może tego nie widzieć?!
Chwycił ją za przegub i potrząsając nerwowo jej ręką, pytał przez zaciśnięte zęby: