— Pawle... Pawle!...

Jego szare oczy patrzyły na nią z pogodą i dobrocią.

— Pawle, czy ty wiesz, coś powiedział?!... To przecież niemożliwe!?

— I ja tak myślałem kiedyś. Cóż na to poradzę, że teraz myślę inaczej, że wiem, że nie mogę nie wiedzieć, czym jesteś dla mnie.

Mówił bardzo spokojnie i bardzo powoli. Umilkł, a ona jeszcze nie rozumiała, co się z nią dzieje. Coś ścisnęło ją za krtań, w oczach zakręciły się łzy i wybuchnęła płaczem.

— Pawle, mój jedyny, jaki ty jesteś dobry, jaki dobry dla mnie — powtarzała wśród łkania. — Czym ja zasłużyłam na ciebie, Pawle... kochany...

— Cicho, Krzysieńko, uspokój się. — Głaskał jej głowę i wilgotny od łez policzek. — Cicho, moja maleńka...

Nagle rozległy się kroki w sąsiednim pokoju.

— Ignacy idzie — powiedział Paweł i ostrożnie postawił ją na ziemi.

Szybko obtarła oczy i odwróciła się plecami do drzwi, i w samą porę, gdyż właśnie lokaj stanął w progu: